Podobno
jesień jest smutną, ponurą porą roku, kiedy naprzemiennie pada
tylko deszcz i liście z drzew. „To nieprawda!” myślał oburzony
Kot Albert, który przecież mieszkał w lesie, więc widział, jak
przyroda z każdym dniem zmienia się. Wcale nie uważał deszczu
oraz spadających liści za ponure. Wręcz przeciwnie! Przecież
każda pora roku jest na swój sposób piękna. Kapuśniaczek lecący
z kłębiących się wysoko chmurek? Od czego jest parasol i kalosze!
Zimny wiatr? Tu z pomocą przychodzi cieplutki sweterek. Poza tym
szkoda byłoby przesiedzieć całą jesień i zimę w domu tylko
dlatego, że jest zimno. Przecież jesienią robi się tak
interesująco. Liście promienieją różnymi odcieniami czerwieni
oraz żółci, drzewa są targane przez wiatr, a małe leśne
zwierzątka przygotowują zapasy na ten trudny dla nich okres, jakim
jest zima.
W
ostatnią niedzielę października działy się też rzeczy magiczne,
których Kot Albert nadal nie był w stanie zrozumieć swym małym
rozumkiem. Nagle, zamiast godziny ósmej, kiedy to budził się, była
godzina siódma. On zawsze zapominał o tej magicznej zmianie czasu,
lecz jego znajomi wraz z całym lasem nigdy nie byli zdziwieni.
Podobno ludzie w miastach ustanowili tę magiczną sztuczkę,
nazywając ją zmianą czasu na zimowy.
Było
coś jeszcze, co Kot Albert lubił, a to wydarzenie miało miejsce
właśnie w październiku. Dodatkowo świetnie komponowało się z
aktualną porą roku. Ostatniego dnia tego miesiąca wszyscy
mieszkańcy lasu przebierali się za duchy, spotykali na leśnej
polanie w samym środku czerwieniącego się jesiennymi liśćmi
boru, bawili się, tańczyli wokół ogniska i jedli smakowite dania.
-
To tradycja zaczerpnięta ze świata ludzi – powiedziała kiedyś
Ryjówka Balbinka – Oni również przebierają się w różne
stroje, razem świętują i świetnie się bawią.
Gdy
w tym roku nadszedł ten dzień, nasz bohater stwierdził, iż z
roztargnienia zapomniał o przygotowaniu stroju. Zasmucił się
bardzo, gdyż nie miał nawet pomysłu, a czasu zostało tak
niewiele. Stwierdził jednak, że nie zrezygnuje z dobrej zabawy i
przygotuje ciekawy strój. W tym celu udał się do swego
przyjaciela – Wróbelka Antosia, by doradził mu, za kogo można
się przebrać.
Antoś
mieszkał w uwitym przez siebie gniazdku na najwyższym drzewie w
lesie, więc Albert nie mógł go odwiedzić w jego domku. Tak, koty
potrafią chodzić po drzewach, lecz to było zdecydowanie zbyt
wysoko dla tak delikatnego zwierzątka, które na dodatek nie miało
skrzydeł. Spotkali się więc pod wielką topolą, wokół której
rosły wielkie, rozłożyste paprocie.
-
Antosiu, proszę, doradź mi, jak mogę się przebrać na dzisiejszą
zabawę?
Wróbelek
zastanowił się, pofruwał wokół przyjaciela i wzleciał w górę
prosto do swego mieszkanka. Pogrzebał chwilę w dziupli, która
znajdowała się obok gniazda oraz służyła do przechowywania
różnych przedmiotów, i wyciągnął z niej duży kawałek białego
materiału. Ze swoim łupem wrócił na dół i wylądował tuż
przed Albertem.
-
To prześcieradło – powiedział – Możesz wyciąć w nim otwory
na oczy oraz na pyszczek i narzucić na siebie. Będziesz wyglądał,
jak duch!
-
Fantastyczny pomysł! - rozpromienił się Albert – Wróbelku,
jesteś prawdziwym przyjacielem.
-
To drobiazg – odrzekł Antoś – Przecież przyjaciołom należy
pomagać.
Uradowany Kot wrócił do swej chatki i z zapałem
zabrał się za przygotowanie swego balowego przebrania. Znalazł
ostre nożyczki i – uważając, by się nie skaleczyć – wyciął
trzy otworki w prześcieradle. Następnie narzucił na siebie
materiał, a potem przejrzał się w lustrze. Był ciekaw, jak
wygląda w stroju ducha.
-
Uuuuuuu.... - zawył, jak zjawa, by móc ocenić, jak prezentuje się
w pełnej krasie – Buuuuu! Aaaaa!
„Prawdziwy
ze mnie duch!” - pomyślał z radością, wychodząc z domu, by
jak najszybciej pokazać się pozostałym uczestnikom zabawy.
Wkrótce potem był już na miejscu. Mimo, że było
już późno, polana rozbłysła światłem kilkunastu świeczek
umieszczonych w wydrążonych dyniach. „Lubię zupę dyniową. I
ciasto z dyni. I....”
Kot
Albert długo jeszcze myślałby o ulubionych dyniowych potrawach,
gdyby nie odgłosy dobiegające ze wszystkich stron, z krzaków.
-
Uuuuuuuuuuuuuuu! - zawyły postacie schowane gdzieś między
drzewami.
-
Ojej, czy to nie prawdziwe duchy? - powiedział do siebie nasz
bohater.
Kilka
sekund później wszystko się wyjaśniło. To przyjaciele Alberta
biegali między drzewami, niedaleko polany. Gonili się i wyli,
niczym zjawy. Nawet nie zauważyli, że ktoś przyszedł!
-
Hop, hop! - zawołał Albert.
Pokazała
się jedna głowa, potem kolejna i tak wszyscy mieszkańcy lasu
wrócili na polanę, by przywitać nowo przybyłego gościa.
-
Witaj, Albercie! Piękne przebranie – zachichotała Sarenka
Małgosia.
Początkowo nasz bohater nie rozumiał, dlaczego jego
koleżanka jest tak rozbawiona. Po chwili zobaczył jednak
pozostałych uczestników balu: Ryjówkę Balbinę, Wróbelka
Antosia, Jeża Bartusia, Sowę Lucynę, Dzika Waldemara, Wiewiórkę
Danusię, Borsuka Karola oraz wielu innych, których nie był w
stanie rozpoznać przez strój. A, właśnie, strój. To właśnie
przebranie Alberta wywołało śmiech Małgosi. Okazało się, że
wszyscy przebrali się tak samo! Całą polanę zajmowały białe
duchy!
-
To ci dopiero! - zdziwił się Kot Albert.
Identyczne
przebrania nie stanowiły jednak problemu. Przeciwnie – wszyscy
śmiali się z tego niespodziewanego incydentu. Jedli dyniowe
ciasto, rozmawiali i bawili się do białego rana.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz