niedziela, 1 listopada 2015

KOT ALBERT I PAŹDZIERNIK. ZABAWA W DUCHY I ZMIANA CZASU.

Podobno jesień jest smutną, ponurą porą roku, kiedy naprzemiennie pada tylko deszcz i liście z drzew. „To nieprawda!” myślał oburzony Kot Albert, który przecież mieszkał w lesie, więc widział, jak przyroda z każdym dniem zmienia się. Wcale nie uważał deszczu oraz spadających liści za ponure. Wręcz przeciwnie! Przecież każda pora roku jest na swój sposób piękna. Kapuśniaczek lecący z kłębiących się wysoko chmurek? Od czego jest parasol i kalosze! Zimny wiatr? Tu z pomocą przychodzi cieplutki sweterek. Poza tym szkoda byłoby przesiedzieć całą jesień i zimę w domu tylko dlatego, że jest zimno. Przecież jesienią robi się tak interesująco. Liście promienieją różnymi odcieniami czerwieni oraz żółci, drzewa są targane przez wiatr, a małe leśne zwierzątka przygotowują zapasy na ten trudny dla nich okres, jakim jest zima.
W ostatnią niedzielę października działy się też rzeczy magiczne, których Kot Albert nadal nie był w stanie zrozumieć swym małym rozumkiem. Nagle, zamiast godziny ósmej, kiedy to budził się, była godzina siódma. On zawsze zapominał o tej magicznej zmianie czasu, lecz jego znajomi wraz z całym lasem nigdy nie byli zdziwieni. Podobno ludzie w miastach ustanowili tę magiczną sztuczkę, nazywając ją zmianą czasu na zimowy.
Było coś jeszcze, co Kot Albert lubił, a to wydarzenie miało miejsce właśnie w październiku. Dodatkowo świetnie komponowało się z aktualną porą roku. Ostatniego dnia tego miesiąca wszyscy mieszkańcy lasu przebierali się za duchy, spotykali na leśnej polanie w samym środku czerwieniącego się jesiennymi liśćmi boru, bawili się, tańczyli wokół ogniska i jedli smakowite dania.
    - To tradycja zaczerpnięta ze świata ludzi – powiedziała kiedyś Ryjówka Balbinka – Oni również przebierają się w różne stroje, razem świętują i świetnie się bawią.
    Gdy w tym roku nadszedł ten dzień, nasz bohater stwierdził, iż z roztargnienia zapomniał o przygotowaniu stroju. Zasmucił się bardzo, gdyż nie miał nawet pomysłu, a czasu zostało tak niewiele. Stwierdził jednak, że nie zrezygnuje z dobrej zabawy i przygotuje ciekawy strój. W tym celu udał się do swego przyjaciela – Wróbelka Antosia, by doradził mu, za kogo można się przebrać.
Antoś mieszkał w uwitym przez siebie gniazdku na najwyższym drzewie w lesie, więc Albert nie mógł go odwiedzić w jego domku. Tak, koty potrafią chodzić po drzewach, lecz to było zdecydowanie zbyt wysoko dla tak delikatnego zwierzątka, które na dodatek nie miało skrzydeł. Spotkali się więc pod wielką topolą, wokół której rosły wielkie, rozłożyste paprocie.
    - Antosiu, proszę, doradź mi, jak mogę się przebrać na dzisiejszą zabawę?
Wróbelek zastanowił się, pofruwał wokół przyjaciela i wzleciał w górę prosto do swego mieszkanka. Pogrzebał chwilę w dziupli, która znajdowała się obok gniazda oraz służyła do przechowywania różnych przedmiotów, i wyciągnął z niej duży kawałek białego materiału. Ze swoim łupem wrócił na dół i wylądował tuż przed Albertem.
    - To prześcieradło – powiedział – Możesz wyciąć w nim otwory na oczy oraz na pyszczek i narzucić na siebie. Będziesz wyglądał, jak duch!
    - Fantastyczny pomysł! - rozpromienił się Albert – Wróbelku, jesteś prawdziwym przyjacielem.
    - To drobiazg – odrzekł Antoś – Przecież przyjaciołom należy pomagać.
    Uradowany Kot wrócił do swej chatki i z zapałem zabrał się za przygotowanie swego balowego przebrania. Znalazł ostre nożyczki i – uważając, by się nie skaleczyć – wyciął trzy otworki w prześcieradle. Następnie narzucił na siebie materiał, a potem przejrzał się w lustrze. Był ciekaw, jak wygląda w stroju ducha.
    - Uuuuuuu.... - zawył, jak zjawa, by móc ocenić, jak prezentuje się w pełnej krasie – Buuuuu! Aaaaa!
    Prawdziwy ze mnie duch!” - pomyślał z radością, wychodząc z domu, by jak najszybciej pokazać się pozostałym uczestnikom zabawy.
    Wkrótce potem był już na miejscu. Mimo, że było już późno, polana rozbłysła światłem kilkunastu świeczek umieszczonych w wydrążonych dyniach. „Lubię zupę dyniową. I ciasto z dyni. I....”
    Kot Albert długo jeszcze myślałby o ulubionych dyniowych potrawach, gdyby nie odgłosy dobiegające ze wszystkich stron, z krzaków.
    - Uuuuuuuuuuuuuuu! - zawyły postacie schowane gdzieś między drzewami.
    - Ojej, czy to nie prawdziwe duchy? - powiedział do siebie nasz bohater.
    Kilka sekund później wszystko się wyjaśniło. To przyjaciele Alberta biegali między drzewami, niedaleko polany. Gonili się i wyli, niczym zjawy. Nawet nie zauważyli, że ktoś przyszedł!
    - Hop, hop! - zawołał Albert.
    Pokazała się jedna głowa, potem kolejna i tak wszyscy mieszkańcy lasu wrócili na polanę, by przywitać nowo przybyłego gościa.
    - Witaj, Albercie! Piękne przebranie – zachichotała Sarenka Małgosia.
    Początkowo nasz bohater nie rozumiał, dlaczego jego koleżanka jest tak rozbawiona. Po chwili zobaczył jednak pozostałych uczestników balu: Ryjówkę Balbinę, Wróbelka Antosia, Jeża Bartusia, Sowę Lucynę, Dzika Waldemara, Wiewiórkę Danusię, Borsuka Karola oraz wielu innych, których nie był w stanie rozpoznać przez strój. A, właśnie, strój. To właśnie przebranie Alberta wywołało śmiech Małgosi. Okazało się, że wszyscy przebrali się tak samo! Całą polanę zajmowały białe duchy!
    - To ci dopiero! - zdziwił się Kot Albert.
    Identyczne przebrania nie stanowiły jednak problemu. Przeciwnie – wszyscy śmiali się z tego niespodziewanego incydentu. Jedli dyniowe ciasto, rozmawiali i bawili się do białego rana.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz