niedziela, 1 listopada 2015

KOT ALBERT I KWIECIEŃ. PRIMA APRILIS.

Nadszedł kwiecień, obiecując swoim nadejściem jeszcze cieplejsze dni. Słońce wpadało przez okna chatki Kota Alberta, który zajęty był poobiednim czytaniem książki. Później miał zamiar iść na spacer. Wiedział, że może z tym poczekać nawet do wieczora, bo będzie jeszcze jasno. Bardzo się cieszył z nadejścia wiosny. Mógł robić to, na co miał ochotę i nie musiał ciągle strzepywać z futerka świeżych płatków śniegu.
Właśnie sięgał po kubek z mlekiem, gdy usłyszał pukanie do drzwi. Zdziwił się bardzo, gdyż nie spodziewał się gości. Czasem jednak zdarzały się wizyty bez zapowiedzi, więc zdecydował wstać i sprawdzić, kto to. Odłożył książkę, podszedł do drzwi, a następnie pociągnął za klamkę. Na progu nie było nikogo. Leżała tylko złożona kartka papieru, przyciśnięta kamieniem, aby nie zabrał jej wiatr.
    - A cóż to? - powiedział do siebie Albert – Czyżby list?
    Pospiesznie podniósł kartkę i przeczytał:

JEŚLI CHCESZ OTRZYMAĆ NIESPODZIANKĘ, IDŹ POD STARĄ WIERZBĘ NAD STRUMYKIEM.

W lesie było wiele wijących się jak tasiemki strumyków, lecz Kot Albert wiedział od razu, o jaki strumyk chodziło autorowi listu. Tylko nad jednym z nich stała płacząca wierzba, która wyglądała, jak zgarbiony leśny strach na wróble.
    - Ktoś chce dać mi niespodziankę. Ciekawe, co to takiego – pomyślał nasz bohater.
    Zaraz potem nakładał już swoje kalosze. Wyszedł pospiesznie, zapominając o książce oraz mleku, które akurat pił. Niespodzianka przecież nie mogła czekać!
    Droga nie należała do łatwych. Najpierw musiał przeprawić się przez bagno, z którego wystawały pojedyncze głazy – jedyna możliwość przejścia na drugą stronę. Dla Alberta, który za radą Balbiny przestał jeść tyle pączków, było to wyzwanie. Musiał iść bardzo ostrożnie, gdyż niektóre kamienie bywały śliskie. W końcu udało mu się przejść.
    - Hurra! - zawołał Kot Albert. Jak się okazało, jego radość była przedwczesna, bo oto znalazł się przed rzeką, gdzie mieszkały bobry. Ścinały one drzewa wielkimi ząbkami oraz budowały domki dla swych rodzin, czyli żeremia. Aby przedostać się na drugą stronę rzeki, trzeba było poprosić bobry o pozwolenie na przejście po ich kładce z pni przewróconych drzew.
    - Przepraszam – zwrócił się do mieszkańca tej części lasu, który akurat przepływał obok niego - Jestem Kot Albert i potrzebuję przedostać się na drugi brzeg rzeki. Czy mogę skorzystać z waszej kładki?
    Bóbr spojrzał na niego nieufnie i pokazał swoje siekacze.
    - A po co się tam wybierasz? - zapytał.
    - Dostałem wiadomość. Jeśli przyjdę pod wierzbę nad strumykiem, otrzymam niespodziankę.
    - Wiadomość? Od kogo?
    - Właściwie to nie wiem... - Albert z zakłopotaniem podrapał się po głowie – Ale to musi być ktoś, kto mnie lubi. Kto inny mógł mi zrobić niespodziankę?
    Nie wiedzieć, czemu, bóbr uśmiechnął się złośliwie, znów świecąc swymi siekaczami.
    - Tak myślisz? No, to idź. Nie będę cię zatrzymywał. - nowy kolega spojrzał na Kota jeszcze raz, po czym zaczął oddalać się od brzegu.
    - Dziękuję! - zawołał za nim Albert. Po chwili był po drugiej stronie rzeki. Stąd było już niedaleko do miejsca, które zostało wskazane w liście.
    Wierzba stawała się coraz mniej odległym celem, gdy nagle nasz bohater usłyszał coś niepokojącego. Przystanął, by upewnić się, że wcale mu się nie wydaje i faktycznie, po chwili znów usłyszał wycie.
    - Uuuuuuuuuuu! Albercieeee! Albeeeeercieeee! - jakaś zjawa zza krzaków próbowała go nastraszyć. Było tam tak ciemno, że Albert nawet nie pomyślał o tym, by sprawdzić, kto to.
    - Ojejku, duch! - krzyknął i zaczął pędzić, by jak najszybciej znaleźć się na miejscu, gdzie czekała na niego niespodzianka.
    W końcu udało mu się dotrzeć na miejsce. Był to piękny zakątek, w sam raz na zabawę lub piknik. Krystalicznie czysty strumyk szemrał wesoło, a wierzba kołysała się spokojnie, raz po raz mocząc końce swych gałązek w przepływającej wodzie. Prócz tego rosło tu wiele kwiatów: zawilców, pierwiosnków oraz fiołków.
    Kot Albert rozejrzał się wokół. Odetchnął głęboko, wraz z powietrzem wciągając zapach kwiatów i wszechobecnej zieleni. Oprócz niego nie było tu nikogo.
    - To znaczy, że muszę znaleźć jeszcze jeden list. - pomyślał głośno.
      Miał rację, gdyż zaraz potem dostrzegł na ziemi strzałkę ułożoną z kilku gałązek. Wskazywała na spory kamień. Albert odsunął głaz, pod którym znalazł taką samą, jak wcześniej, kartkę.

ZRÓB DZIESIĘĆ PAJACYKÓW. OSTATNI LIST ZNAJDZIESZ W PNIU WIERZBY.

Kot nie miał pojęcia, dlaczego komuś miałoby zależeć na tym, by zrobił dziesięć pajacyków, lecz zadanie było zadaniem, inaczej nie dostanie niespodzianki. Po chwili skakał, niezgrabnie wymachując łapkami i licząc na głos:
    - Raz, dwa, trzy....
    Gdy skończył, musiał na chwilę usiąść, by odpocząć. Następnie napił się pysznej wody ze źródełka i dopiero wtedy podszedł do płaczącej wierzby. Szybko znalazł niewielkie wgłębienie w pniu drzewa, z którego wystawał róg kartki. Pospiesznie ja wyciągnął, wierząc, że to koniec zagadek.

PRIMA APRILIS!

Gdy Albert przeczytał tę krótką wiadomość, usłyszał znajomy śmiech. Z krzaków wybiegła rozbawiona Ryjówka Balbina, a za nią przyfrunął Wróbelek Antoś.
    - Prima aprilis, prima aprilis! - wołali.
    - Ale co to znaczy? - Albert był bardzo zdezorientowany. Znów usłyszał dwa nowe słowa i nie miał pojęcia, co one oznaczają.
    - Dziś pierwszy kwietnia, czyli prima aprilis! Dzień robienia żartów i psikusów! - zawołał Antoś.
    - Ojej, nie miałem pojęcia – Kot Albert rozpogodził się – Czyli nie ma żadnej niespodzianki?
    - Nie, ale zobacz, jakie to miejsce jest piękne! Możemy spędzić tutaj cały dzień. - odparła Ryjówka.
    - To świetny pomysł. - powiedział Albert – Nie potrzebuję żadnych niespodzianek, bo mam najwspanialszych przyjaciół na świecie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz