Nadszedł
kwiecień, obiecując swoim nadejściem jeszcze cieplejsze dni.
Słońce wpadało przez okna chatki Kota Alberta, który zajęty był
poobiednim czytaniem książki. Później miał zamiar iść na
spacer. Wiedział, że może z tym poczekać nawet do wieczora, bo
będzie jeszcze jasno. Bardzo się cieszył z nadejścia wiosny. Mógł
robić to, na co miał ochotę i nie musiał ciągle strzepywać z
futerka świeżych płatków śniegu.
Właśnie
sięgał po kubek z mlekiem, gdy usłyszał pukanie do drzwi. Zdziwił
się bardzo, gdyż nie spodziewał się gości. Czasem jednak
zdarzały się wizyty bez zapowiedzi, więc zdecydował wstać i
sprawdzić, kto to. Odłożył książkę, podszedł do drzwi, a
następnie pociągnął za klamkę. Na progu nie było nikogo. Leżała
tylko złożona kartka papieru, przyciśnięta kamieniem, aby nie
zabrał jej wiatr.
-
A cóż to? - powiedział do siebie Albert – Czyżby list?
Pospiesznie
podniósł kartkę i przeczytał:
JEŚLI
CHCESZ OTRZYMAĆ NIESPODZIANKĘ, IDŹ POD STARĄ WIERZBĘ NAD
STRUMYKIEM.
W
lesie było wiele wijących się jak tasiemki strumyków, lecz Kot
Albert wiedział od razu, o jaki strumyk chodziło autorowi listu.
Tylko nad jednym z nich stała płacząca wierzba, która wyglądała,
jak zgarbiony leśny strach na wróble.
-
Ktoś chce dać mi niespodziankę. Ciekawe, co to takiego –
pomyślał nasz bohater.
Zaraz potem nakładał już swoje kalosze. Wyszedł
pospiesznie, zapominając o książce oraz mleku, które akurat pił.
Niespodzianka przecież nie mogła czekać!
Droga
nie należała do łatwych. Najpierw musiał przeprawić się przez
bagno, z którego wystawały pojedyncze głazy – jedyna możliwość
przejścia na drugą stronę. Dla Alberta, który za radą Balbiny
przestał jeść tyle pączków, było to wyzwanie. Musiał iść
bardzo ostrożnie, gdyż niektóre kamienie bywały śliskie. W
końcu udało mu się przejść.
-
Hurra! - zawołał Kot Albert. Jak się okazało, jego radość była
przedwczesna, bo oto znalazł się przed rzeką, gdzie mieszkały
bobry. Ścinały one drzewa wielkimi ząbkami oraz budowały domki
dla swych rodzin, czyli żeremia. Aby przedostać się na drugą
stronę rzeki, trzeba było poprosić bobry o pozwolenie na
przejście po ich kładce z pni przewróconych drzew.
-
Przepraszam – zwrócił się do mieszkańca tej części lasu,
który akurat przepływał obok niego - Jestem Kot Albert i
potrzebuję przedostać się na drugi brzeg rzeki. Czy mogę
skorzystać z waszej kładki?
Bóbr
spojrzał na niego nieufnie i pokazał swoje siekacze.
-
A po co się tam wybierasz? - zapytał.
-
Dostałem wiadomość. Jeśli przyjdę pod wierzbę nad strumykiem,
otrzymam niespodziankę.
-
Wiadomość? Od kogo?
-
Właściwie to nie wiem... - Albert z zakłopotaniem podrapał się
po głowie – Ale to musi być ktoś, kto mnie lubi. Kto inny mógł
mi zrobić niespodziankę?
Nie
wiedzieć, czemu, bóbr uśmiechnął się złośliwie, znów
świecąc swymi siekaczami.
-
Tak myślisz? No, to idź. Nie będę cię zatrzymywał. - nowy
kolega spojrzał na Kota jeszcze raz, po czym zaczął oddalać się
od brzegu.
-
Dziękuję! - zawołał za nim Albert. Po chwili był po drugiej
stronie rzeki. Stąd było już niedaleko do miejsca, które zostało
wskazane w liście.
Wierzba stawała się coraz mniej odległym celem, gdy
nagle nasz bohater usłyszał coś niepokojącego. Przystanął, by
upewnić się, że wcale mu się nie wydaje i faktycznie, po chwili
znów usłyszał wycie.
-
Uuuuuuuuuuu! Albercieeee! Albeeeeercieeee! - jakaś zjawa zza
krzaków próbowała go nastraszyć. Było tam tak ciemno, że
Albert nawet nie pomyślał o tym, by sprawdzić, kto to.
-
Ojejku, duch! - krzyknął i zaczął pędzić, by jak najszybciej
znaleźć się na miejscu, gdzie czekała na niego niespodzianka.
W
końcu udało mu się dotrzeć na miejsce. Był to piękny zakątek,
w sam raz na zabawę lub piknik. Krystalicznie czysty strumyk
szemrał wesoło, a wierzba kołysała się spokojnie, raz po raz
mocząc końce swych gałązek w przepływającej wodzie. Prócz
tego rosło tu wiele kwiatów: zawilców, pierwiosnków oraz
fiołków.
Kot Albert rozejrzał się wokół. Odetchnął
głęboko, wraz z powietrzem wciągając zapach kwiatów i
wszechobecnej zieleni. Oprócz niego nie było tu nikogo.
-
To znaczy, że muszę znaleźć jeszcze jeden list. - pomyślał
głośno.
Miał
rację, gdyż zaraz potem dostrzegł na ziemi strzałkę ułożoną
z kilku gałązek. Wskazywała na spory kamień. Albert odsunął
głaz, pod którym znalazł taką samą, jak wcześniej, kartkę.
ZRÓB
DZIESIĘĆ PAJACYKÓW. OSTATNI LIST ZNAJDZIESZ W PNIU WIERZBY.
Kot
nie miał pojęcia, dlaczego komuś miałoby zależeć na tym, by
zrobił dziesięć pajacyków, lecz zadanie było zadaniem, inaczej
nie dostanie niespodzianki. Po chwili skakał, niezgrabnie wymachując
łapkami i licząc na głos:
-
Raz, dwa, trzy....
Gdy skończył, musiał na chwilę usiąść, by
odpocząć. Następnie napił się pysznej wody ze źródełka i
dopiero wtedy podszedł do płaczącej wierzby. Szybko znalazł
niewielkie wgłębienie w pniu drzewa, z którego wystawał róg
kartki. Pospiesznie ja wyciągnął, wierząc, że to koniec
zagadek.
PRIMA
APRILIS!
Gdy
Albert przeczytał tę krótką wiadomość, usłyszał znajomy
śmiech. Z krzaków wybiegła rozbawiona Ryjówka Balbina, a za nią
przyfrunął Wróbelek Antoś.
-
Prima aprilis, prima aprilis! - wołali.
-
Ale co to znaczy? - Albert był bardzo zdezorientowany. Znów
usłyszał dwa nowe słowa i nie miał pojęcia, co one oznaczają.
-
Dziś pierwszy kwietnia, czyli prima aprilis! Dzień robienia żartów
i psikusów! - zawołał Antoś.
-
Ojej, nie miałem pojęcia – Kot Albert rozpogodził się –
Czyli nie ma żadnej niespodzianki?
-
Nie, ale zobacz, jakie to miejsce jest piękne! Możemy spędzić
tutaj cały dzień. - odparła Ryjówka.
-
To świetny pomysł. - powiedział Albert – Nie potrzebuję
żadnych niespodzianek, bo mam najwspanialszych przyjaciół na
świecie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz