Dla
wielu ludzi listopad był miesiącem ponurym ze względu na pogodę i
zmieniający się pejzaż natury. Liście w niczym nie przypominały
tych wrześniowych czy październikowych. Były szare lub brązowe
oraz suche. Spadały na zszarzałą leśną ściółkę przy każdym
podmuchu wiatru, który czasem był naprawdę porywisty. Od tych
spadających liści podobno wzięła się nazwa miesiąca –
listopad. Deszcz padał niemal nieustannie. Raz był to drobny,
smętny kapuśniak, innym razem zacinające krople towarzyszące
wichurze. Poza tym robiło się coraz zimniej. Albert nie wyobrażał
sobie teraz wyjścia z domu bez grubego swetra oraz nieprzemakalnej
kurtki i kaloszy. Bardzo dbał o swoje zdrowie, dlatego wychodził na
spacery ubrany na cebulkę.
A,
właśnie. Spacery po listopadowym lesie były bardzo ciekawe, nawet
mimo zimna, wiatru i deszczu. Kot Albert uwielbiał przebywać na
świeżym powietrzu, więc żadne przeciwności los nie stanowiły
dla niego problemu. Wychodził w swych żółtych kaloszkach i
kolorowej kurtce szczęśliwy, że pory roku zmieniają się i
codziennie może doświadczyć innego widoku. Rozradowany biegał po
lesie, łapał krople mżawki i wypatrywał ślimaków, które
jeszcze nie zdążyły przygotować się do zimowego snu.
Tak
postanowił i w tym roku, gdy siedział oparty o parapet okna, z
nudów licząc krople deszczu spływające po szybie.
-
Nie, tak nie może być! - zawyrokował – Nie będę się nudzić
w domu!
Znalazł
w szafie swoje kalosze, sweter, kurtkę, by już po chwili być
ubranym i gotowym do drogi. Lecz zdążył wyjść tylko przed dom,
ponieważ okazało się, że deszcz pada zbyt mocno.
-
Kaptur mojej kurtki tu nie pomoże – stwierdził nasz bohater –
Potrzebuję parasola.
Wrócił
więc do domu, by znaleźć potrzebną rzecz. Niestety, nie udało
się. Nie miał pojęcia, gdzie ten parasol się przed nim schował.
-
Ryjówka Balbinka miała chyba duży, kolorowy parasol – wpadł na
pomysł Kot Albert – Ale żeby go dostać, muszę przejść przez
deszcz.
Po
zastanowieniu stwierdził, że mimo zmoknięcia będzie to dobry
pomysł. Może Balbina zechce się z nim pobawić?
Postanowił przebiec szybko drogę prowadzącą do
chatki przyjaciółki. Wyobrazi sobie, że jest sprinterem, który
startuje w wyścigu i musi biec jak najszybciej, by wygrać. Wyszedł
przed dom, zrobił kilka prostych ćwiczeń gimnastycznych, by się
rozciągnąć, a potem wystartował.
„Wcale
nie jest tak źle” - pomyślał Albert, biegnąc najszybciej, jak
potrafi. Nie czuł zimna, wydawało mu się też, że nie przemókł.
Gdy dobiegł na miejsce, Ryjówka Balbina czekała już na niego w
progu.
-
Dzień dobry, Balbinko! - zawołał jeszcze z daleka.
-
Dzień dobry, Albercie – odparła jego przyjaciółka – Co tutaj
robisz? Przecież tak okropnie pada.
-
Wiem, właśnie dlatego przybiegłem do ciebie. Potrzebuję
parasola, a wiem, że ty masz piękny, kolorowy parasol.
-
Owszem, mam – odpowiedziała zatroskana Ryjówka – Ale tobie już
nie pomoże. Jesteś cały przemoczony!
-
Jak to? - zdziwił się Albert – Przecież biegłem bardzo szybko,
by nie zmoknąć.
Spojrzał
na siebie, by upewnić się, że tak właśnie się stało. Okazało
się jednak, iż Balbinka ma rację. Był przemoknięty do suchej
nitki! Krople deszczu spływały po nim i skapywały z wąsików oraz
uszek.
Ryjówka
Balbina zaprosiła go do środka. Tam Albert mógł zdjąć
przemoczone ubranie, wygrzać się przy kaflowym piecu, a jego
przyjaciółka zagotowała trochę mleka, które jest dobre na
rozgrzanie.
-
Dziękuję za pomoc, Balbinko – rzekł Albert z wdzięcznością –
Prawdziwa z ciebie przyjaciółka.
Posiedzieli
jeszcze wspólnie, rozkoszując się ciepłem kaflowego pieca, pijąc
smaczne mleko i rozmawiając. Następnie Albert przypomniał sobie,
że nadal nie poszedł na swój deszczowy spacer. Poprosił więc
Balbinę o pożyczenie parasolki.
-
A może chciałabyś pójść ze mną? - zapytał.
-
Czemu nie? Chętnie! - odpowiedziała przyjaciółka – Muszę
tylko ubrać się i znaleźć drugą parasolkę. Pod jedną się nie
zmieścimy.
Gdy oboje byli już gotowi, rozłożyli swe parasole, a
następnie wyszli z domu prosto w listopadowy, rozhulany deszcz oraz
wir uschniętych listków zwiastujących nadchodzącą zimę. Mimo
zimna świetnie się bawili. Albertowi spodobało się bieganie,
więc zaproponował wyścigi do Wielkiego Dębu. Biegli ramię w
ramię, więc stwierdzili, że wyścig wygrali oboje. Po chwili
znaleźli sobie nową zabawę.
-
Popatrz – rzekł Albert – Jakie piękne kałuże!
Faktycznie,
kałuże przed nimi wyglądały, jak wielkie plamy lub jeziorka z
małymi zatoczkami. Przyjaciele, nie zastanawiając się długo,
wbiegli w jedną z nich i skakali, skakali jak najwyżej, a woda
rozbryzgiwała się wokół nich. Mogli tańczyć, bawić się oraz
skakać do woli, przecież na nogach mieli nieprzemakalne kalosze.
-
Ależ to świetna deszczowa zabawa! - zawołała Ryjówka Balbina -
Idealna na jesienną nudę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz