niedziela, 1 listopada 2015

KOT ALBERT I LUTY. DZIEŃ ZAKOCHANYCH KOTÓW.

Kot Albert miał zwyczaj codziennie po śniadaniu wychodzić na przechadzkę. Bardzo lubił poranne spacery. Spotykał często swoich przyjaciół – Ryjówkę Balbinę lub Borsuka Mateusza. Jeśli nie spotykał nikogo, miał czas na przemyślenia i bieganie po lesie. Uwielbiał przyrodę. Chętnie wspinał się po drzewach, moczył łapki w szemrzącym strumyku oraz zbierał kwiaty i owoce.
Tego lutowego, mroźnego ranka padał śnieg. Grube płatki białego puchu spadały na Alberta, lecz jemu nie przeszkadzało to w codziennej wędrówce. Lubił śnieg. Tak pięknie migotał w zimowym słońcu!
Dziś nie było mu dane spotkać kogokolwiek, więc skręcił w ulubioną leśną alejkę, która z obu stron porośnięta była niskimi, ale rozłożystymi sosnami. Szedł, zostawiając na śniegu ślady żółtymi kaloszami, które założył na swoje łapki. Kiedy tak spacerował, nagle, niespodziewanie zobaczył kogoś między gałązkami jednej z sosen.
- Hop, hop! - zawołał, ale nikt mu nie odpowiedział. - No cóż, to pewnie przez ten padający śnieg, mogło mi się coś przywidzieć.
Albert szedł dalej, nie zdając sobie sprawy, że za nim, po cichutku skrada się dobry duch zakochanych kotów. Po kilku metrach nieoczekiwanie przemówił do niego.
    - Hej, ty tam!
Kot Albert obrócił się szybko wystraszony.
    - Kim jesteś? - zapytał, przecierając oczy ze zdumienia.
    - To ty nie wiesz? Dziś są Walentynki, a ja jestem duchem zakochanych kotów.
    - Walentynki? A co to takiego? - Albert pierwszy raz słyszał tę nazwę.
    - To święto wszystkich zakochanych. Jeśli chcesz, uczynię cię szczęśliwym kotem i zapamiętasz ten dzień na zawsze.
    - Jak masz zamiar mnie uszczęśliwić?
    - To proste. Patrz! - zawołał duch i znikł, a w miejscu, gdzie przedtem łagodnie unosił się nad ziemią, rozprysnął różowy, magiczny pył.
    Zaraz potem na miejscu pyłu pojawiła się najpiękniejsza kotka na świecie. Miała śnieżnobiałe, puchate futerko, wielkie brązowe oczka oraz niebieską obróżkę z małym dzwoneczkiem wybijającym swą wesołą melodię przy każdym jej ruchu. Albert jeszcze nigdy nie widział kogoś równie pięknego. Wprost nie mógł oderwać od niej oczu.
    - Na co tak patrzysz? Mam coś na nosie? - niespodziewany gość złapał się za nos i zaśmiał.
    - Nie, po prostu... Jesteś taka ładna i nie wiem, skąd się tutaj wzięłaś. Właśnie szedłem na spacer. Chcesz iść ze mną?
    - Pewnie, że tak! Jest taka piękna pogoda!
Kot Albert podał swojej nowej przyjaciółce łapkę i poszli razem przez sosnową alejkę, aż doszli do niewielkiego Stawu Kaczek, gdzie nasz bohater lubił przebywać. Tam usiedli na pniu przewróconego drzewa, aby odpocząć i zjeść drugie śniadanie. Kotka zjadła swojego
pączka z chałwą, popijając go ciepłym mlekiem.
    - Nazywam się Luna. Też poszłam na spacer, ale zgubiłam się w tym lesie. Nie przestraszyłam się, wręcz przeciwnie, stwierdziłam, że to będzie ciekawa przygoda.
    - Jeśli chcesz, możemy spędzić razem cały dzień, a potem odprowadzę cię do domu.
    Luna chętnie się zgodziła. Albert pomógł jej wstać i wyruszyli dalej.
    To był fantastyczny dzień. Razem karmili kaczki okruszkami pozostałymi po pączkach, wspinali się po drzewach, lepili bałwana, a nawet grali w berka oraz w chowanego. Kilka razy Luna schowała się tak dobrze, że Albert przez bardzo długi czas nie mógł jej znaleźć, wtedy nagle pojawiała się tuż za nim, śmiejąc się wesoło.
    W końcu, kiedy zaczęło robić się ciemno, Albert i Luna, zmęczeni, ale szczęśliwi, doszli do wniosku, że czas się pożegnać. Robiło się już późno, a śnieg padał coraz mocniej.
    - Dziękuję ci za ten dzień, Albercie. Świetnie się z tobą bawiłam! - powiedziała Luna i uśmiechnęła się.
    - Ja z tobą również. Czy jeszcze kiedyś się spotkamy? - zapytał Albert
    - Mam nadzieję, bardzo bym chciała. Teraz muszę wracać. - odpowiedziała i pocałowała Kota Alberta w uszko. Zaraz potem już jej nie było. W miejscu, gdzie przed chwilą stała, opadał błyszczący pyłek w kolorze zachodzącego słońca i malinowego lukru na pączkach.
    - Przecież miałem cię odprowadzić – powiedział Albert, ale mówił już do siebie, ponieważ został sam, znikł nawet różowy pył. - Szkoda. Ale to i tak był bardzo udany dzień!
    Kot Albert wrócił tego dnia do domu zmęczony, zmarznięty, ale szczęśliwy. Teraz był już pewien, że wie, czym są Walentynki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz