Kot
Albert miał zwyczaj codziennie po śniadaniu wychodzić na
przechadzkę. Bardzo lubił poranne spacery. Spotykał często swoich
przyjaciół – Ryjówkę Balbinę lub Borsuka Mateusza. Jeśli nie
spotykał nikogo, miał czas na przemyślenia i bieganie po lesie.
Uwielbiał przyrodę. Chętnie wspinał się po drzewach, moczył
łapki w szemrzącym strumyku oraz zbierał kwiaty i owoce.
Tego
lutowego, mroźnego ranka padał śnieg. Grube płatki białego puchu
spadały na Alberta, lecz jemu nie przeszkadzało to w codziennej
wędrówce. Lubił śnieg. Tak pięknie migotał w zimowym słońcu!
Dziś
nie było mu dane spotkać kogokolwiek, więc skręcił w ulubioną
leśną alejkę, która z obu stron porośnięta była niskimi, ale
rozłożystymi sosnami. Szedł, zostawiając na śniegu ślady
żółtymi kaloszami, które założył na swoje łapki. Kiedy tak
spacerował, nagle, niespodziewanie zobaczył kogoś między
gałązkami jednej z sosen.
-
Hop, hop! - zawołał, ale nikt mu nie odpowiedział. - No cóż, to
pewnie przez ten padający śnieg, mogło mi się coś przywidzieć.
Albert
szedł dalej, nie zdając sobie sprawy, że za nim, po cichutku
skrada się dobry duch zakochanych kotów. Po kilku metrach
nieoczekiwanie przemówił do niego.
-
Hej, ty tam!
Kot
Albert obrócił się szybko wystraszony.
-
Kim jesteś? - zapytał, przecierając oczy ze zdumienia.
-
To ty nie wiesz? Dziś są Walentynki, a ja jestem duchem
zakochanych kotów.
-
Walentynki? A co to takiego? - Albert pierwszy raz słyszał tę
nazwę.
-
To święto wszystkich zakochanych. Jeśli chcesz, uczynię cię
szczęśliwym kotem i zapamiętasz ten dzień na zawsze.
-
Jak masz zamiar mnie uszczęśliwić?
-
To proste. Patrz! - zawołał duch i znikł, a w miejscu, gdzie
przedtem łagodnie unosił się nad ziemią, rozprysnął różowy,
magiczny pył.
Zaraz
potem na miejscu pyłu pojawiła się najpiękniejsza kotka na
świecie. Miała śnieżnobiałe, puchate futerko, wielkie brązowe
oczka oraz niebieską obróżkę z małym dzwoneczkiem wybijającym
swą wesołą melodię przy każdym jej ruchu. Albert jeszcze nigdy
nie widział kogoś równie pięknego. Wprost nie mógł oderwać od
niej oczu.
-
Na co tak patrzysz? Mam coś na nosie? - niespodziewany gość
złapał się za nos i zaśmiał.
-
Nie, po prostu... Jesteś taka ładna i nie wiem, skąd się tutaj
wzięłaś. Właśnie szedłem na spacer. Chcesz iść ze mną?
-
Pewnie, że tak! Jest taka piękna pogoda!
Kot
Albert podał swojej nowej przyjaciółce łapkę i poszli razem
przez sosnową alejkę, aż doszli do niewielkiego Stawu Kaczek,
gdzie nasz bohater lubił przebywać. Tam usiedli na pniu
przewróconego drzewa, aby odpocząć i zjeść drugie śniadanie.
Kotka zjadła swojego
pączka
z chałwą, popijając go ciepłym mlekiem.
-
Nazywam się Luna. Też poszłam na spacer, ale zgubiłam się w tym
lesie. Nie przestraszyłam się, wręcz przeciwnie, stwierdziłam,
że to będzie ciekawa przygoda.
-
Jeśli chcesz, możemy spędzić razem cały dzień, a potem
odprowadzę cię do domu.
Luna
chętnie się zgodziła. Albert pomógł jej wstać i wyruszyli
dalej.
To
był fantastyczny dzień. Razem karmili kaczki okruszkami
pozostałymi po pączkach, wspinali się po drzewach, lepili
bałwana, a nawet grali w berka oraz w chowanego. Kilka razy Luna
schowała się tak dobrze, że Albert przez bardzo długi czas nie
mógł jej znaleźć, wtedy nagle pojawiała się tuż za nim,
śmiejąc się wesoło.
W
końcu, kiedy zaczęło robić się ciemno, Albert i Luna, zmęczeni,
ale szczęśliwi, doszli do wniosku, że czas się pożegnać.
Robiło się już późno, a śnieg padał coraz mocniej.
-
Dziękuję ci za ten dzień, Albercie. Świetnie się z tobą
bawiłam! - powiedziała Luna i uśmiechnęła się.
-
Ja z tobą również. Czy jeszcze kiedyś się spotkamy? - zapytał
Albert
-
Mam nadzieję, bardzo bym chciała. Teraz muszę wracać. -
odpowiedziała i pocałowała Kota Alberta w uszko. Zaraz potem już
jej nie było. W miejscu, gdzie przed chwilą stała, opadał
błyszczący pyłek w kolorze zachodzącego słońca i malinowego
lukru na pączkach.
-
Przecież miałem cię odprowadzić – powiedział Albert, ale
mówił już do siebie, ponieważ został sam, znikł nawet różowy
pył. - Szkoda. Ale to i tak był bardzo udany dzień!
Kot
Albert wrócił tego dnia do domu zmęczony, zmarznięty, ale
szczęśliwy. Teraz był już pewien, że wie, czym są Walentynki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz