niedziela, 1 listopada 2015

KOT ALBERT I GRUDZIEŃ. ZABAWY NA ŚNIEGU.

Pewnego grudniowego dnia Kot Albert obudził się wcześniej, niż zwykle. Na zewnątrz panował jeszcze mrok, lecz nie to zwróciło uwagę naszego bohatera. Wyjrzał on przez okno, a to, co zobaczył, bardzo go ucieszyło. Z nieba prószył biały śnieg, który przez noc zdążył już pokryć znaczną część lasu. Albert nie mógł doczekać się tego widoku, gdyż bardzo lubił śnieg, lecz w tym roku spadł on bardzo późno. Tym większa była jego radość.
Nie chciał już spać. Marzył tylko o wyjściu na zewnątrz, by móc ulepić bałwana lub zjeżdżać na sankach. Tak bardzo nie mógł się doczekać, że prawie zapomniał zjeść śniadanie. Wiedział jednak, jak bardzo śniadanie jest ważne. Zjadł ciepłą owsiankę, która dodała mu energii i rozgrzała, więc nie straszne mu były zimowe mrozy. Następnie ubrał się bardzo starannie, by mieć pewność, że nie przemarznie. Włożył więc gruby sweterek, cienką kurtkę zamienił na puchowy płaszcz, szyję opatulił szalikiem, a głowę przystroił ciepłą wełnianą czapką z pomponem. Kalosze schował do szafy, a zamiast nich na jego łapkach pojawiły się zimowe buty, odpowiednie do chodzenia po śniegu.
Tak opatulony mógł wyjść z domu, nie narażając się na przeziębienie. Za domem znalazł dawno nieużywane sanki. Z tym ekwipunkiem mógł ruszyć przed siebie. A czym byłyby zimowe zabawy na śniegu bez przyjaciół? Kot Albert zdecydował, że koniecznie musi odwiedzić Ryjówkę Balbinkę oraz Wróbelka Antosia, by oni również mogli cieszyć się białym puchem.
Najpierw zaszedł po swą przyjaciółkę, gdyż jej chatka znajdowała się w połowie drogi do mieszkanka Antosia. Albert zapukał w małe okienko sypialni, by wybudzić Balbinę ze snu. Ta po chwili obudziła się, uśmiechnęła do przyjaciela na powitanie i pobiegła otworzyć mu drzwi.
    - Balbinko, jest taka piękna pogoda, nie marnujmy jej, siedząc w domu. Choć, pobawmy się w śniegu! Mam nawet sanki – Albert zachęcająco pociągnął za sznurek swego pojazdu, lecz Ryjówki Balbiny nie trzeba było nawet zachęcać.
    - Wspaniały pomysł! Musimy przywitać pierwszy śnieg w tym roku.
    Ryjówka szybko założyła swój sweterek oraz kurtkę. W skrytce pod łóżkiem znalazła nauszniki i szalik. Potrzebowała jeszcze swoich kolorowych skarpetek w paski; bez ciepłych butów też się nie obejdzie. Pospiesznie zjadła śniadanie. Już była gotowa do wyjścia.
    Przyjaciele razem poszli do Wróbelka Antosia, lecz ten nie spał już od dawna. Padający do gniazda śnieg obudził go na dobre już dawno. Wróbelek również chętnie przystał na propozycję Alberta.
    - Bardzo chętnie pobawię się z wami – odpowiedział ochoczo – Chciałbym ulepić bałwana.
    - Dobra myśl, ulepmy jak największego! - przyklasnęła Balbinka.
    - Mogę wzlecieć nad ziemię, by zdobyć kilka suchych gałązek, to będą ręce.
    - A ja mam zapas marchewek, z jednej możemy zrobić nos – zawtórowała Ryjówka.
    - A co ja mam zrobić? - zasmucił się Albert – Mam tylko sanki...
    - Świetnie się składa! - powiedziała Balbinka – Możesz przewieść na nich potrzebne materiały.
    Kot Albert bardzo się ucieszył. Też chciał być potrzebny! Wszyscy razem ruszyli do chatki Ryjówki, by wziąć kilka marchewek – jedną do zrobienia nosa bałwankowi, a resztę dla głodnych sarenek, które śnieg na pewno zaskoczył. Wróbelek Antoś latał nad swymi przyjaciółmi i co chwilę dostarczał kilka gałązek. Ze swego gniazdka dostarczył też kilka kamyków.
    - Możemy zrobić z nich oczy, usta oraz guziki – powiedział.
    W domu Ryjówki Balbiny znalazł się też stary cylinder oraz szalik. Wszystkie zdobyte skarby zapakowali na sanki, które z radością prowadził Albert. Stwierdzili, że swego bałwana ulepią nad rzeką, by zobaczyć, jak pięknie zamarzła woda.
    - Jesteśmy na miejscu – powiedziała Balbina – Teraz możemy ulepić naszego bałwana.
    Zaczęli od uformowania trzech dużych kul: ogromnej, mniejszej i najmniejszej. Ogromna kula miała być podstawą bałwanka, ze średniej powstał brzuch, a z najmniejszej głowa. Później bałwanek zyskał guziki z czarnych kamyczków, oczy, usta, a w miejscu przeznaczonym na nos Wróbelek Antoś umieścił marchewkę.
    - Pozostały jeszcze gałązki – stwierdził Albert, wtykając dwa patyki, które miały zastąpić bałwankowi ręce – Możemy zrobić z nich włosy!
    - Znakomity pomysł – stwierdziła Balbinka.
    Tak wykorzystali resztę gałązek. Na koniec wystarczyło udekorować figurkę szalikiem oraz cylindrem.
    - No, proszę – rzekł Albert – Pierwszy bałwan tej zimy gotowy!
    Resztę tego pięknego zimowego poranka przyjaciele spędzili razem w lesie zjeżdżając na sankach i organizując w bitwę na śnieżki. To był bardzo udany dzień.

KOT ALBERT I LISTOPAD. DESZCZOWE PRZYGODY.

Dla wielu ludzi listopad był miesiącem ponurym ze względu na pogodę i zmieniający się pejzaż natury. Liście w niczym nie przypominały tych wrześniowych czy październikowych. Były szare lub brązowe oraz suche. Spadały na zszarzałą leśną ściółkę przy każdym podmuchu wiatru, który czasem był naprawdę porywisty. Od tych spadających liści podobno wzięła się nazwa miesiąca – listopad. Deszcz padał niemal nieustannie. Raz był to drobny, smętny kapuśniak, innym razem zacinające krople towarzyszące wichurze. Poza tym robiło się coraz zimniej. Albert nie wyobrażał sobie teraz wyjścia z domu bez grubego swetra oraz nieprzemakalnej kurtki i kaloszy. Bardzo dbał o swoje zdrowie, dlatego wychodził na spacery ubrany na cebulkę.
A, właśnie. Spacery po listopadowym lesie były bardzo ciekawe, nawet mimo zimna, wiatru i deszczu. Kot Albert uwielbiał przebywać na świeżym powietrzu, więc żadne przeciwności los nie stanowiły dla niego problemu. Wychodził w swych żółtych kaloszkach i kolorowej kurtce szczęśliwy, że pory roku zmieniają się i codziennie może doświadczyć innego widoku. Rozradowany biegał po lesie, łapał krople mżawki i wypatrywał ślimaków, które jeszcze nie zdążyły przygotować się do zimowego snu.
Tak postanowił i w tym roku, gdy siedział oparty o parapet okna, z nudów licząc krople deszczu spływające po szybie.
    - Nie, tak nie może być! - zawyrokował – Nie będę się nudzić w domu!
    Znalazł w szafie swoje kalosze, sweter, kurtkę, by już po chwili być ubranym i gotowym do drogi. Lecz zdążył wyjść tylko przed dom, ponieważ okazało się, że deszcz pada zbyt mocno.
    - Kaptur mojej kurtki tu nie pomoże – stwierdził nasz bohater – Potrzebuję parasola.
    Wrócił więc do domu, by znaleźć potrzebną rzecz. Niestety, nie udało się. Nie miał pojęcia, gdzie ten parasol się przed nim schował.
    - Ryjówka Balbinka miała chyba duży, kolorowy parasol – wpadł na pomysł Kot Albert – Ale żeby go dostać, muszę przejść przez deszcz.
    Po zastanowieniu stwierdził, że mimo zmoknięcia będzie to dobry pomysł. Może Balbina zechce się z nim pobawić?
    Postanowił przebiec szybko drogę prowadzącą do chatki przyjaciółki. Wyobrazi sobie, że jest sprinterem, który startuje w wyścigu i musi biec jak najszybciej, by wygrać. Wyszedł przed dom, zrobił kilka prostych ćwiczeń gimnastycznych, by się rozciągnąć, a potem wystartował.
    Wcale nie jest tak źle” - pomyślał Albert, biegnąc najszybciej, jak potrafi. Nie czuł zimna, wydawało mu się też, że nie przemókł. Gdy dobiegł na miejsce, Ryjówka Balbina czekała już na niego w progu.
    - Dzień dobry, Balbinko! - zawołał jeszcze z daleka.
    - Dzień dobry, Albercie – odparła jego przyjaciółka – Co tutaj robisz? Przecież tak okropnie pada.
    - Wiem, właśnie dlatego przybiegłem do ciebie. Potrzebuję parasola, a wiem, że ty masz piękny, kolorowy parasol.
    - Owszem, mam – odpowiedziała zatroskana Ryjówka – Ale tobie już nie pomoże. Jesteś cały przemoczony!
    - Jak to? - zdziwił się Albert – Przecież biegłem bardzo szybko, by nie zmoknąć.
Spojrzał na siebie, by upewnić się, że tak właśnie się stało. Okazało się jednak, iż Balbinka ma rację. Był przemoknięty do suchej nitki! Krople deszczu spływały po nim i skapywały z wąsików oraz uszek.
Ryjówka Balbina zaprosiła go do środka. Tam Albert mógł zdjąć przemoczone ubranie, wygrzać się przy kaflowym piecu, a jego przyjaciółka zagotowała trochę mleka, które jest dobre na rozgrzanie.
    - Dziękuję za pomoc, Balbinko – rzekł Albert z wdzięcznością – Prawdziwa z ciebie przyjaciółka.
    Posiedzieli jeszcze wspólnie, rozkoszując się ciepłem kaflowego pieca, pijąc smaczne mleko i rozmawiając. Następnie Albert przypomniał sobie, że nadal nie poszedł na swój deszczowy spacer. Poprosił więc Balbinę o pożyczenie parasolki.
    - A może chciałabyś pójść ze mną? - zapytał.
    - Czemu nie? Chętnie! - odpowiedziała przyjaciółka – Muszę tylko ubrać się i znaleźć drugą parasolkę. Pod jedną się nie zmieścimy.
    Gdy oboje byli już gotowi, rozłożyli swe parasole, a następnie wyszli z domu prosto w listopadowy, rozhulany deszcz oraz wir uschniętych listków zwiastujących nadchodzącą zimę. Mimo zimna świetnie się bawili. Albertowi spodobało się bieganie, więc zaproponował wyścigi do Wielkiego Dębu. Biegli ramię w ramię, więc stwierdzili, że wyścig wygrali oboje. Po chwili znaleźli sobie nową zabawę.
    - Popatrz – rzekł Albert – Jakie piękne kałuże!
    Faktycznie, kałuże przed nimi wyglądały, jak wielkie plamy lub jeziorka z małymi zatoczkami. Przyjaciele, nie zastanawiając się długo, wbiegli w jedną z nich i skakali, skakali jak najwyżej, a woda rozbryzgiwała się wokół nich. Mogli tańczyć, bawić się oraz skakać do woli, przecież na nogach mieli nieprzemakalne kalosze.
    - Ależ to świetna deszczowa zabawa! - zawołała Ryjówka Balbina - Idealna na jesienną nudę.

KOT ALBERT I PAŹDZIERNIK. ZABAWA W DUCHY I ZMIANA CZASU.

Podobno jesień jest smutną, ponurą porą roku, kiedy naprzemiennie pada tylko deszcz i liście z drzew. „To nieprawda!” myślał oburzony Kot Albert, który przecież mieszkał w lesie, więc widział, jak przyroda z każdym dniem zmienia się. Wcale nie uważał deszczu oraz spadających liści za ponure. Wręcz przeciwnie! Przecież każda pora roku jest na swój sposób piękna. Kapuśniaczek lecący z kłębiących się wysoko chmurek? Od czego jest parasol i kalosze! Zimny wiatr? Tu z pomocą przychodzi cieplutki sweterek. Poza tym szkoda byłoby przesiedzieć całą jesień i zimę w domu tylko dlatego, że jest zimno. Przecież jesienią robi się tak interesująco. Liście promienieją różnymi odcieniami czerwieni oraz żółci, drzewa są targane przez wiatr, a małe leśne zwierzątka przygotowują zapasy na ten trudny dla nich okres, jakim jest zima.
W ostatnią niedzielę października działy się też rzeczy magiczne, których Kot Albert nadal nie był w stanie zrozumieć swym małym rozumkiem. Nagle, zamiast godziny ósmej, kiedy to budził się, była godzina siódma. On zawsze zapominał o tej magicznej zmianie czasu, lecz jego znajomi wraz z całym lasem nigdy nie byli zdziwieni. Podobno ludzie w miastach ustanowili tę magiczną sztuczkę, nazywając ją zmianą czasu na zimowy.
Było coś jeszcze, co Kot Albert lubił, a to wydarzenie miało miejsce właśnie w październiku. Dodatkowo świetnie komponowało się z aktualną porą roku. Ostatniego dnia tego miesiąca wszyscy mieszkańcy lasu przebierali się za duchy, spotykali na leśnej polanie w samym środku czerwieniącego się jesiennymi liśćmi boru, bawili się, tańczyli wokół ogniska i jedli smakowite dania.
    - To tradycja zaczerpnięta ze świata ludzi – powiedziała kiedyś Ryjówka Balbinka – Oni również przebierają się w różne stroje, razem świętują i świetnie się bawią.
    Gdy w tym roku nadszedł ten dzień, nasz bohater stwierdził, iż z roztargnienia zapomniał o przygotowaniu stroju. Zasmucił się bardzo, gdyż nie miał nawet pomysłu, a czasu zostało tak niewiele. Stwierdził jednak, że nie zrezygnuje z dobrej zabawy i przygotuje ciekawy strój. W tym celu udał się do swego przyjaciela – Wróbelka Antosia, by doradził mu, za kogo można się przebrać.
Antoś mieszkał w uwitym przez siebie gniazdku na najwyższym drzewie w lesie, więc Albert nie mógł go odwiedzić w jego domku. Tak, koty potrafią chodzić po drzewach, lecz to było zdecydowanie zbyt wysoko dla tak delikatnego zwierzątka, które na dodatek nie miało skrzydeł. Spotkali się więc pod wielką topolą, wokół której rosły wielkie, rozłożyste paprocie.
    - Antosiu, proszę, doradź mi, jak mogę się przebrać na dzisiejszą zabawę?
Wróbelek zastanowił się, pofruwał wokół przyjaciela i wzleciał w górę prosto do swego mieszkanka. Pogrzebał chwilę w dziupli, która znajdowała się obok gniazda oraz służyła do przechowywania różnych przedmiotów, i wyciągnął z niej duży kawałek białego materiału. Ze swoim łupem wrócił na dół i wylądował tuż przed Albertem.
    - To prześcieradło – powiedział – Możesz wyciąć w nim otwory na oczy oraz na pyszczek i narzucić na siebie. Będziesz wyglądał, jak duch!
    - Fantastyczny pomysł! - rozpromienił się Albert – Wróbelku, jesteś prawdziwym przyjacielem.
    - To drobiazg – odrzekł Antoś – Przecież przyjaciołom należy pomagać.
    Uradowany Kot wrócił do swej chatki i z zapałem zabrał się za przygotowanie swego balowego przebrania. Znalazł ostre nożyczki i – uważając, by się nie skaleczyć – wyciął trzy otworki w prześcieradle. Następnie narzucił na siebie materiał, a potem przejrzał się w lustrze. Był ciekaw, jak wygląda w stroju ducha.
    - Uuuuuuu.... - zawył, jak zjawa, by móc ocenić, jak prezentuje się w pełnej krasie – Buuuuu! Aaaaa!
    Prawdziwy ze mnie duch!” - pomyślał z radością, wychodząc z domu, by jak najszybciej pokazać się pozostałym uczestnikom zabawy.
    Wkrótce potem był już na miejscu. Mimo, że było już późno, polana rozbłysła światłem kilkunastu świeczek umieszczonych w wydrążonych dyniach. „Lubię zupę dyniową. I ciasto z dyni. I....”
    Kot Albert długo jeszcze myślałby o ulubionych dyniowych potrawach, gdyby nie odgłosy dobiegające ze wszystkich stron, z krzaków.
    - Uuuuuuuuuuuuuuu! - zawyły postacie schowane gdzieś między drzewami.
    - Ojej, czy to nie prawdziwe duchy? - powiedział do siebie nasz bohater.
    Kilka sekund później wszystko się wyjaśniło. To przyjaciele Alberta biegali między drzewami, niedaleko polany. Gonili się i wyli, niczym zjawy. Nawet nie zauważyli, że ktoś przyszedł!
    - Hop, hop! - zawołał Albert.
    Pokazała się jedna głowa, potem kolejna i tak wszyscy mieszkańcy lasu wrócili na polanę, by przywitać nowo przybyłego gościa.
    - Witaj, Albercie! Piękne przebranie – zachichotała Sarenka Małgosia.
    Początkowo nasz bohater nie rozumiał, dlaczego jego koleżanka jest tak rozbawiona. Po chwili zobaczył jednak pozostałych uczestników balu: Ryjówkę Balbinę, Wróbelka Antosia, Jeża Bartusia, Sowę Lucynę, Dzika Waldemara, Wiewiórkę Danusię, Borsuka Karola oraz wielu innych, których nie był w stanie rozpoznać przez strój. A, właśnie, strój. To właśnie przebranie Alberta wywołało śmiech Małgosi. Okazało się, że wszyscy przebrali się tak samo! Całą polanę zajmowały białe duchy!
    - To ci dopiero! - zdziwił się Kot Albert.
    Identyczne przebrania nie stanowiły jednak problemu. Przeciwnie – wszyscy śmiali się z tego niespodziewanego incydentu. Jedli dyniowe ciasto, rozmawiali i bawili się do białego rana.

KOT ALBERT I WRZESIEŃ. SPACER W LESIE.

Każdy dobrze wie, że wrzesień to pierwszy jesienny miesiąc. Jesień zaczyna się pod koniec września i trwa do grudnia. To czas spadających liści szeleszczących pod butami, coraz chłodniejszych dni, oraz deszczu. Albert najbardziej lubił jesienią chodzić na spacery w głąb lasu. Las jesienią zdecydowanie różnił się od lasu latem. Przede wszystkim liście zmieniały swe barwy z soczystej zieleni na ciepłą czerwień, żółć, pomarańcz, a w końcu na brąz. We wrześniu nie było to jeszcze tak widoczne. Bardziej rzucały się w oczy przepięknie pachnące wrzosy, spadające kasztany oraz żołędzie. Poza tym można było zbierać grzyby i jagody. To świetna zabawa, za którą Albert przepadał. Nie ma nic lepszego, niż spacer, zbieranie leśnych darów, a później gotowanie z nich pysznego jedzenia!
Pewnego dnia wybrał się na grzyby. Spacerował po ściółce, poszukując brązowych kapeluszy. Nagle ujrzał coś, co bardzo go zadziwiło. Jeden z grzybów był czerwony w białe kropki. Nie przypominał tych, które Albert dobrze znał. Stwierdził jednak, że zabierze go ze sobą i bliżej przyjrzy się w domu. Kiedy się schylał, by sięgnąć po znalezisko, usłyszał znajomy głos.
    - Albercie, nie ruszaj go! To muchomor! - zaćwierkał Wróbelek Antoś, przysiadłszy na buku.
    - Muchomor? A co to znaczy? - zdziwił się Kot Albert.
    - Ten grzyb, chociaż ładny, jest bardzo trujący – wyjaśnił Wróbelek.
    - Ojej, a już chciałem go zerwać. Dobrze, że mnie ostrzegłeś – podziękował nasz bohater – Faktycznie, bardzo wyróżniający się grzyb.
    - Może lepiej będzie, jeśli zaczniesz zbierać kasztany i żołędzie? - zaproponował Antoś.
    - No, tak, ale co mogę zrobić z kasztanami i żołędziami? - zapytał Albert – Grzyby przynajmniej można zjeść...
    - Oczywiście, można zjeść, ale tylko te, które nie są trujące – uśmiechnął się przyjaciel – A kasztany i żołędzie to świetny materiał na jesienne kukiełki.
    - Jesienne kukiełki? Nie wiem, jak się je robi.
    - To proste! Pokażę ci, ale najpierw musisz zebrać dużo kasztanów i żołędzi. Bardzo chętnie ci pomogę.
    Wróbelek Antoś dołączył więc do Kota Alberta i razem przemierzali las w poszukiwaniu jesiennych skarbów.
    - Popatrz, co znalazłem! - zawołał nasz bohater do swego przyjaciela.
    W łapce trzymał kilka żołędzi z dziwnymi czapeczkami na końcach.
    - Brawo, Albercie – zawołał Wróbelek – Możemy z nich zrobić główki naszych figurek, będą miały kapelusze.
    - To świetny pomysł – przytaknął Kot Albert – Czy mogę zbierać też listki i zrobić z nich stroje?
    - Oczywiście. Twoje figurki mogą wyglądać, jak tylko będziesz chciał.
    Albertowi bardzo spodobał się taki spacer. Nie dość, że zażywał ruchu oraz świeżego powietrza, to jeszcze dobrze się bawił z przyjacielem. „Nie ma nic lepszego, niż spacer po jesiennym lesie” - pomyślał, oddychając głęboko i podziwiając piękny pejzaż. Nagle coś małego, lecz dosyć twardego spadło prosto z nieba na jego głowę.
    - Auu! - zawołał zdezorientowany Albert, pocierając bolącą głowę – A co to takiego?
    Schylił się, by podnieść coś, co z niewiadomych przyczyn spadło akurat na niego. Był to mały, okrągły kasztan z brązowym, błyszczącym brzuszkiem i białą łatką. Kot zadarł głowę do góry.
    - Ach, stąd się wziąłeś, kasztanku! - uśmiechnął się.
    Stał pod wielkim, starym kasztanowcem, a ziemia wokół usiana była tymi brązowymi kulkami. Niektóre znajdowały się jeszcze w swoich zielonych, kolczastych łupinkach. Na te trzeba było uważać najbardziej.
    - Widzę, ze udało ci się znaleźć dużo kasztanów – powiedział Wróbelek Antoś, który właśnie zjawił się obok Alberta – Pozbierajmy ich jak najwięcej!
    Tak też zrobili. Wrzucali kasztany, żołędzie oraz listki do koszyka, który Albert wziął ze sobą z myślą o zbieraniu grzybów. Kiedy koszyk był pełen leśnych skarbów, zadecydowali, że czas wracać.
    W domu Kota Alberta rozłożyli swe znaleziska na stole.
    - Potrzebujemy jeszcze wykałaczek, by połączyć ze sobą części figurek – poinstruował Wróbelek Antoś.
    Albert chwilę poszukał w kuchennej szufladzie, by po chwili wrócić z całym opakowaniem patyczków.
    - Musimy uważać, ponieważ mają ostre końce – powiedział.
    Chwilę potem zabrali się do pracy. Było przy tym wiele zabawy oraz śmiechu, a poza tym Kot Albert okazał się prawdziwym artystą! Zrobił piękną figurkę leśnego ludzika. Miał on główkę oraz brzuszek z kasztanów, a rączki i stópki z żołędzi. Do tego piękny strój z zielonych jeszcze liści. Natomiast Wróbelek Antoś ułożył leśnego strażnika. Na czubku jego główki z żołędzia tkwiła żołędziowa czapeczka. Żołnierzyk ubrany był w zbroję z kasztana, który znajdował się w zielonej, kolczastej łupince. Obie figurki robiły wrażenie i wyglądały, jak prawdziwe dzieła sztuki.
    - Świetna zabawa – powiedział Albert, odprowadzając swego kompana do drzwi – Może jutro też pójdziemy na spacer po lesie, by poszukać leśnych skarbów?
    - Bardzo dobry pomysł – ucieszył się Antoś.
    Pożegnali się, a potem Kot Albert zjadł kolację i poszedł spać. To był bardzo wyczerpujący, lecz udany dzień.


KOT ALBERT I SIERPIEŃ. PRACA W SADZIE.

Sierpień to ostatni letni miesiąc. Nadal było bardzo ciepło, lecz już nie tak upalnie, jak w lipcu. Kot Albert spędzał większość dnia poza domem. Spacerował po lesie, czytał książki nad rzeką, łowił ryby oraz bawił się ze swoimi przyjaciółmi: Ryjówką Balbiną i Wróbelkiem Antosiem. Pewnego dnia, podczas porannej przechadzki spotkał ich, niosących wiklinowe kosze.
    - Dokąd idziecie? - zapytał.
    - Idziemy do sadu – odparła Balbinka – Już czas na zbiory.
    - A co takiego będziecie zbierać? - zainteresował się Albert.
    - Zerwiemy jabłka, gruszki oraz śliwki z drzew, a potem zrobimy z nich smaczne przetwory: dżemy, powidła i soki – odparł Antoś – Chcesz iść z nami?
    - Brzmi zachęcająco – odpowiedział nasz bohater – Chętnie pójdę, jeszcze nigdy nie pracowałem w sadzie.
    Pomaszerowali więc wszyscy razem, by po chwili wydostać się z lasu i iść do sadu polną drogą. Sierpień to nie tylko czas zbiorów owoców, ale również ścinania zboża, dlatego pola były już ogołocone z tegorocznych plonów, a siano leżało pozwiązywane w snopki.
    Albert wiedział, jak wygląda sad, ponieważ jego przyjaciółka miała niewielki ogródek, w którym rosły grusze i jabłonie. Zdziwił się jednak, gdy zobaczył wiele różnych drzew rosnących jedno obok drugiego i zachęcających swymi dojrzałymi owocami. Były tam wszystkie lubiane przez niego owoce: różne odmiany śliwek, gruszek oraz jabłek. Wszystkie czekały na zerwanie.
    - Musimy uzbierać cały kosz owoców, żeby zrobić nasze ulubione przetwory – powiedział Wróbelek Antoś – Powinniśmy zacząć już zbierać, konfitury bardzo długo się gotują.
    Podzielili się między sobą pracą tak, że każdy zbierał inny owoc.
    - To bardzo przyjemna praca – stwierdził Albert – Trzeba tylko zrywać owoce i wrzucać je do koszyka. Albo zjadać...
    - Nie jedz tych jabłek, Albercie! - zawołała Ryjówka Balbina – Najpierw musisz je umyć.
    - Dlaczego? - zdziwił się nasz bohater, przyglądając się owocowi, który właśnie zerwał z drzewa – Przecież nie są brudne.
    - Są zanieczyszczone, ale tego nie widać. Nie można jeść nieumytych owoców i warzyw, może cię potem boleć brzuch.
    - Ojej, nie wiedziałem... - Kot Albert podrapał się po głowie, następnie wrzucił jabłko do koszyka – Cóż, spróbuję ich w domu.
    Kiedy zebrali już cały koszyk przeróżnych owoców, poszli razem do chatki Ryjówki Balbinki. Była ona trochę mniejsza, niż domek Alberta, gdyż sama Ryjówka także była mniejsza. Promyki popołudniowego słońca wpadało przez okienko, oświetlając biały, okrągły stół z drewna. Na prawo znajdowało się palenisko, nad którym wisiał kociołek do gotowania. Na lewo stał piekarnik, w którym przyjaciółka Alberta piekła wspaniałe ciasta.
    - Najpierw koniecznie musimy umyć owoce – zadecydowała Balbinka.
    Wrzucili wszystkie śliwki, gruszki oraz jabłka do wielkiej miski z wodą. Następnie należało je osuszyć na ręczniku. Wróbelek Antoś znalazł duży ręcznik, rozłożył go na stole i tam wspólnie ułożyli owoce. Gdy wyschły, trzeba było obrać jabłka oraz gruszki, a ze śliwek usunąć pestki.
    - Czy teraz mogę zjeść jedno jabłko? - zapytał Kot Albert.
    - Tak, Albercie, wszystkie jabłka nadają się już do jedzenia – odpowiedziała Ryjówka.
    Albert z radością sięgnął po owoc, by następnie odgryźć kawałek soczystego jabłuszka. Było pyszne, słodkie oraz sycące! Czegoś tak dobrego nie jadł od dawna.
Po krótkiej przerwie i kilku zjedzonych owocach wrócili do pracy. Albert obierał jabłka, Balbinka obierała gruszki, a Antoś usuwał pestki ze śliwek.
    - Teraz pokroimy wszystkie składniki naszych konfitur w kostkę – powiedziała Ryjówka – wrzucimy je do kociołka, dodamy trochę wody oraz cukier.
      Tak też zrobili. Mimo podgrzewania czy mieszania drewnianą łyżką, owoce ciągle były twarde i nie przypominały konfitur.
      - Widocznie muszą się długo gotować – stwierdził Wróbelek Antoś – Musimy poczekać.
      - Mam pomysł! - ucieszyła się Balbinka – Mogę w tym czasie upiec bułeczki drożdżowe, które później zjemy z naszym dżemem.
      - Świetny pomysł! - zawołali jej przyjaciele – Ale czy potrafisz zrobić takie bułki?
      - Oczywiście, że potrafię – odparła Ryjówka – Potrzebujemy tylko mąki, mleka, cukru oraz drożdży.
      I już sięgała po odpowiednie składniki. Mleko zostało podgrzane, a do niego wrzucono drożdże oraz cukier. Albert połączył powstałą w ten sposób masę z mąką. Teraz musieli chwilę poczekać, by ciasto nieco wyrosło. Kiedy tak się stało, przyjaciele formowali z ciasta bułeczki i układali je na blasze do pieczenia. Następnie wstawili ją do rozgrzanego pieca.
      - Musimy bardzo uważać, ponieważ piekarnik jest bardzo gorący, możemy się poparzyć – ostrzegła Balbina.
      Po krótkim czasie po chatce rozszedł się cudowny zapach świeżych bułeczek. Były już gotowe. Gdy wystygły, można było też zabrać się za konfitury.
      - Mmm, przepyszne! - ocenił Antoś.
      Razem zasiedli do stołu. Balbinka rozdała każdemu talerzyk i nóż, by mogli sobie ukroić bułkę, a potem posmarować ją konfiturami. To był wspaniały sierpniowy dzień zakończony smakowitym posiłkiem zrobionym wraz z przyjaciółmi.

KOT ALBERT I LIPIEC. POCIĄGIEM NAD MORZE.

Lipiec to najbardziej upalny miesiąc. Słońce praży wtedy tak mocno, że cień drzewa oraz leśny chłód są wybawieniem dla ludzi i zwierząt. Kot Albert bardzo lubił w gorące dni kąpać się w rzece czy jeziorze. Tym razem również spędzał dzień nad jednym ze strumyków. Tam spotkał Ryjówkę Balbinę.
    - Witaj, Albercie! - zawołała do swego przyjaciela - Co tutaj robisz?
    - Biorę kąpiel dla ochłody - odpowiedział Albert.
    - Nie wolałbyś pojechać nad morze? - spytała Balbina.
    - Nad morze? - powtórzył Kot Albert – Nigdy nie byłem nad morzem. Jak mogę się tam dostać?
    - Prosta sprawa! Pociągiem – odparła jego przyjaciółka – Najpierw musisz kupić bilet.
    - Czemu nie. Tak właśnie zrobię – po krótkim namyśle zdecydował nasz bohater.
    Następnego dnia czekał na przystanku kolejowym. Obok niego stała małą walizka, do której spakował wszystkie potrzebne rzeczy: kurtkę przeciwdeszczową na wszelki wypadek, okulary przeciwsłoneczne, ręcznik oraz strój kąpielowy w biało-niebieskie pasy. Na głowie obowiązkowo znalazł się kapelusz, by chronić głowę przed słońcem.
    Wkrótce nadjechał czerwony pociąg. Lokomotywa lśniła, a z jej komina wydobywał się dym. Albert wsiadł i zajął odpowiednie miejsce. Cieszył się, ponieważ siedział przy oknie.
    Jazda pociągiem okazała się być świetną zabawą. Można było na przykład spacerować między wagonami i witać każdego podróżnego lub też ucinać sobie sympatyczną pogawędkę z konduktorem sprawdzającym bilety. Gdy Albert zmęczył się, wrócił na swoje miejsce, by zjeść kanapkę na drugie śniadanie. Mógł w tym czasie oglądać szybko zmieniający się widok za oknem. Raz były to zielone pagórki pięknie oświetlone przez lipcowe słońce, a czasem las, w którym płynęła rzeka i liście drzew delikatnie łaskotał letni wiatr.
    Kiedy Kot Albert chciał zaczerpnąć świeżego powietrza, mógł otworzyć okno, a nawet trochę wyjrzeć przez nie. Musiał jednak uważać, by nie wychylić się za bardzo i nie wypaść. „Podróż pociągiem to ciekawa przygoda” - pomyślał nasz bohater, gdy dotarł do swojej stacji. Szybko złapał za walizkę, na głowę naciągnął kapelusz i wysiadł.
    Nad morzem było tak samo gorąco, lecz dodatkowo powiewał lekki wietrzyk. Trzeba było wydostać się z kolejowej stacji, a potem przejść alejką aż do samego końca, gdzie rozciągała się piękna piaszczysta plaża. Dla Kota Alberta wszystko to było nowe, dlatego przyglądał się każdemu domkowi, drzewku i kwiatkowi z ciekawością. Nigdy nie był w tak dalekiej podróży.
    Gdy dotarł do plaży, powitała go krystalicznie czysta woda i ciepły, jasny piasek, po którym przyjemnie chodziło się boso. Mewy latały nisko, wesoło piszcząc.
Morze szumiało cicho, głaskane lekkim wietrzykiem. Albert wybrał miejsce na plaży i tam rozłożył swój ręcznik. Obok zostawił walizkę, z której wyjął strój kąpielowy i okulary. Postanowił wejść do wody, by zobaczyć, czy różni się ona od tej w jego rzekach i strumyczkach. Najpierw zamoczył łapkę i polizał ją. Woda była słona. „A, to ciekawe” - pomyślał zaskoczony, a potem zanurzył się cały. Wkrótce pojawiły się obok niego dwie nieznane mu przedtem postaci. Były to mewy, najbardziej znane morskie ptaki.
    - Kim jesteś? - zapytała pierwsza.
    - Nazywam się Albert i jestem kotem.
    - A co tutaj robisz? - zaciekawiła się druga mewa.
    - Przyjechałem na wakacje. To moja pierwsza daleka podróż – odpowiedział dumny z sebie Albert.
    - W takim razie baw się dobrze – zawołały mewy – I uważaj, by nie odpłynąć za daleko.
    Kot posłuchał swych nowych przyjaciółek. Bardzo uważał na siebie nad morzem i nie oddalał się od brzegu. Dał im jeszcze kawałek swej kanapki, a potem wyszedł z wody, aby odpocząć od pływania. Resztę czasu spędził na zbieraniu kolorowych muszelek. Następnie położył się na swym ręczniku.
    - A więc tak wygląda morze – rozmyślał nad tym, co dzisiaj zobaczył – I jest słone!
    Albertowi bardzo spodobało się morze. Było tu wiele skrzeczących mew, ciepły piasek oraz muszelki, z których mógł układać różne wzorki na plaży. Kilka z nich zabierze ze sobą do domu. To przecież świetna pamiątka, a także prezent dla jego przyjaciół!

KOT ALBERT I CZERWIEC. LETNIE LENIUCHOWANIE.

Wiosna odchodziła już w niepamięć, ustępując miejsca upalnemu latu. To czas wakacji, wylegiwania się na łące oraz picia zimnego mleka. Kot Albert stwierdził, że można już wyjąć hamak i zawiesić między jabłoniami, jak robił co roku. Najpierw, by móc dobrze wypoczywać, musiał uprzątnąć ogródek, który przez zimę oraz wiosnę był zaniedbywany, gdyż Albert nie korzystał z niego o tych porach. Teraz należało pozbierać wszystkie śmieci, które przywiał wiatr, i skosić trawnik. Najpierw chwycił za grabki. Stwierdził, że tak będzie łatwiej pozbyć się zeschniętych gałązek oraz liści. Musiał bardzo uważać, by nie zrobić sobie krzywdy ostrymi ząbkami grabi. Następnie wszystkie odpadki wrzucił do taczki, która stała za jego chatką.
    - Jak tu czysto. – powiedział Kot Albert, z zadowoleniem patrząc na ogródek – Teraz można wypoczywać! Jeszcze tylko znajdę hamak.
    Właśnie, gdzie jest hamak? Albert był pewien, że znajdzie go tuż obok taczki, lecz pomylił się. W takim razie musiał leżeć na dnie szafy.
    - No tak! Przecież tam go schowałem, by śnieg oraz deszcz nie zmoczył materiału. - zawołał Kot i pobiegł do chatki.
    W szafie czekał na niego od dawna nieużywany hamak. Teraz należało go stamtąd wyjąć, wyczyścić i sprawdzić, czy nie jest porwany. Albert wyjął hamak, rozłożył na podłodze, a potem przyjrzał mu się uważnie. W prawym górnym rogu znalazł niewielką dziurę .
    - Trzeba to koniecznie załatać – stwierdził.
    Znalazł w szafie stertę kolorowych gałganków. Wybrał kawałek niebieskiego materiału, znalazł igłę, nitkę i – uważając, by się nie skaleczyć – naszył łatkę na rozcięcie.
    - Teraz hamak jest, jak nowy! - wesoło zawołał Albert, spiesząc ze swą zdobyczą do ogródka. Wkrótce potem hamak zawisnął między rozłożystymi jabłoniami.
    - Jeszcze tylko zimne mleko i mogę wypoczywać – stwierdził nasz bohater.
    Po kilku minutach na białym stoliku ogrodowym stanęła duża szklanka pysznego mleka. Albert mógł teraz wylegiwać się do woli.
    Kiedy leżał już w hamaku, przymknął oczy, by nie raziły go promyki letniego słońca. Nagle usłyszał znajomy odgłos tuż nad głową.
    - Bzzzzzz!
    - To mucha! - zawołał Albert – O, nie! Teraz na pewno nie odpocznę
    - Nie chcę ci przeszkadzać – niespodziewanie odezwała się mucha.
    - Ty potrafisz mówić? - zdziwił się Kot.
    - Pewnie, że tak – mucha przysiadła na stole.
    - Jeśli nie chcesz mi przeszkadzać, to co cię tu sprowadza? - zaciekawił się nasz bohater.
    - Bardzo chce mi się pić – odrzekła mucha – Zauważyłam, że masz mleko. Czy mógłbyś poczęstować mnie kropelką?
    - Oczywiście – Albert rozpromienił się i sięgnął po szklankę. Wylał odrobinę mleka na stół, a mucha od razu zaczęła pić.
    - Dziękuję! - powiedziała – Jesteś prawdziwym przyjacielem.
    Resztę tego ciepłego czerwcowego dnia spędzili razem w ogrodzie Kota Alberta, leniuchując, pijąc zimne mleko, jedząc pączki z chałwą i rozmawiając.

KOT ALBERT I MAJ. WYPRAWA NA MAJÓWKĘ.

Maj był ulubionym miesiącem Kota Alberta. Wtedy robiło się przyjemnie ciepło, nawet wieczorem, co pozwalało na spanie przy otwartym oknie i obserwowanie księżyca. Prócz tego kwitły kwiaty na drzewach, a w całym lesie przepięknie pachniało zaróżowionymi kasztanowcami rosnącymi wzdłuż Kasztanowej Alejki. Szkoda byłoby zmarnować taką okazję i nie spędzić całego dnia na świeżym powietrzu! Albert nie lubił nudzić się w domu, więc postanowił spotkać się z przyjaciółmi i zorganizować majówkę. Odgrzebał wiklinowy koszyk piknikowy, ponieważ jedzenie było ważną częścią każdej majowej wycieczki. Schował tam butelkę mleka, kilka bułek, trochę pysznych jabłek oraz zdrowych pomidorów.
    - To powinno wystarczyć – stwierdził, ostatecznie dorzucając kilka pączków, bez których nie mógł się obejść. Następnie założył kalosze, na głowę naciągnął kapelusz i wyszedł z domu, zmierzając do chatki Ryjówki Balbiny.
    Zastał swoją przyjaciółkę pracującą w małym ogródku. Kot Albert bardzo go lubił, gdyż o różnych porach roku można było znaleźć tutaj różne przysmaki. Latem cała okolica pachniała soczystymi truskawkami Balbinki, a jesienią na trawniku pod gruszą piętrzyły się stosy dorodnych owoców. W dodatku przyjaciółka naszego bohatera bardzo dbała o porządek w swoim ogrodzie.
    - Witaj, Ryjóweczko! - zawołał Albert.
    - Dzień dobry, przyjacielu – odpowiedziała – Gdzie się wybierasz?
    - Idę na majówkę. Chciałem, żebyś poszła ze mną.
    - A co to jest „majówka”? - zapytała zaciekawiona Balbina.
    - Majówka to nazwa wiosennej wycieczki. Mam tu nawet kosz piknikowy ze smakołykami, które będziemy mogli razem zjeść.
    - Świetnie, uwielbiam wycieczki! - rozpromieniła się Ryjówka – Bardzo chętnie z tobą pójdę. Muszę tylko schować grabki oraz inne narzędzia ogrodowe.
    Chwilę później szli ramię w ramię lasem. Otaczały ich kwiaty oraz piękna, żywa zieleń liści, a między drzewami przedzierały się promienie ciepłego słońca. Jakie cudowne miejsce! Dalej było jeszcze ładniej. Kot Albert wraz z Ryjówką Balbiną dotarli do miejsca, w którym jeszcze nigdy nie spędzali czasu. Musieli zejść bardzo ostrożnie niewielkim, lecz stromym wzgórzem usłanym drobnymi żółtymi kwiatkami. Sam widok zielonych, leśnych pagórków był niesamowity, a na dole czekała na nich jeszcze lepsza niespodzianka. Gdy udało im się zejść na dół, ich oczom ukazała się piękna, ogromna łąka, na środku której znajdowało się jezioro.
    - Urocze miejsce – stwierdził Kot Albert – Moglibyśmy tutaj odpocząć i zjeść.
    - Znakomity pomysł – odparła Balbinka.
    Udali się na sam brzeg, a na miejscu rozłożyli kocyk, który znaleźli w koszyku. Teraz można było usiąść i zajadać smakołyki. Zapowiadał się bardzo udany piknik.
    Gdy zjedli, położyli się na plecach, by odpocząć. Mogli dzięki temu obserwować niebo i opowiadać sobie historie o zwierzątkach, do których podobne były puszyste chmurki.
    Wkrótce ich zabawa została przerwana. Kot Albert poczuł na czole kilka kropel, które spadając z nieba, rozbijały się na jego głowie: pac, pac, pac.
    - Ojej, pada deszcz! - zmartwił się – Co my teraz zrobimy?
    Ryjówka wstała, rozejrzała się. Po chwili na jej pyszczku zagościł uśmiech.
    - Rozbijemy namiot! Wstawaj, Albercie!
    Kot posłusznie wykonał jej polecenie. Balbinka podniosła koc, a jej przyjaciel podniósł kosz. Przeszli kilka kroków w stronę lasu. Po chwili Ryjówka zatrzymała się, więc Albert zrobił to samo.
    - Między tymi drzewami powiesimy twój kocyk. To będzie nasz namiot, dzięki któremu nie zmokniemy.
    - Wspaniały pomysł, Balbinko! - powiedział Kot Albert – A przy tym ile zabawy.
    Przywiązali koc do czterech rosnących obok siebie drzew. Potem mogli się schować w swojej nowej kryjówce. Usiedli na trawie, która nie zdążyła jeszcze zmoknąć. Albert wyjął dwa pączki i poczęstował przyjaciółkę. Razem zajadali podwieczorek, obserwując deszczowy pejzaż.

KOT ALBERT I KWIECIEŃ. PRIMA APRILIS.

Nadszedł kwiecień, obiecując swoim nadejściem jeszcze cieplejsze dni. Słońce wpadało przez okna chatki Kota Alberta, który zajęty był poobiednim czytaniem książki. Później miał zamiar iść na spacer. Wiedział, że może z tym poczekać nawet do wieczora, bo będzie jeszcze jasno. Bardzo się cieszył z nadejścia wiosny. Mógł robić to, na co miał ochotę i nie musiał ciągle strzepywać z futerka świeżych płatków śniegu.
Właśnie sięgał po kubek z mlekiem, gdy usłyszał pukanie do drzwi. Zdziwił się bardzo, gdyż nie spodziewał się gości. Czasem jednak zdarzały się wizyty bez zapowiedzi, więc zdecydował wstać i sprawdzić, kto to. Odłożył książkę, podszedł do drzwi, a następnie pociągnął za klamkę. Na progu nie było nikogo. Leżała tylko złożona kartka papieru, przyciśnięta kamieniem, aby nie zabrał jej wiatr.
    - A cóż to? - powiedział do siebie Albert – Czyżby list?
    Pospiesznie podniósł kartkę i przeczytał:

JEŚLI CHCESZ OTRZYMAĆ NIESPODZIANKĘ, IDŹ POD STARĄ WIERZBĘ NAD STRUMYKIEM.

W lesie było wiele wijących się jak tasiemki strumyków, lecz Kot Albert wiedział od razu, o jaki strumyk chodziło autorowi listu. Tylko nad jednym z nich stała płacząca wierzba, która wyglądała, jak zgarbiony leśny strach na wróble.
    - Ktoś chce dać mi niespodziankę. Ciekawe, co to takiego – pomyślał nasz bohater.
    Zaraz potem nakładał już swoje kalosze. Wyszedł pospiesznie, zapominając o książce oraz mleku, które akurat pił. Niespodzianka przecież nie mogła czekać!
    Droga nie należała do łatwych. Najpierw musiał przeprawić się przez bagno, z którego wystawały pojedyncze głazy – jedyna możliwość przejścia na drugą stronę. Dla Alberta, który za radą Balbiny przestał jeść tyle pączków, było to wyzwanie. Musiał iść bardzo ostrożnie, gdyż niektóre kamienie bywały śliskie. W końcu udało mu się przejść.
    - Hurra! - zawołał Kot Albert. Jak się okazało, jego radość była przedwczesna, bo oto znalazł się przed rzeką, gdzie mieszkały bobry. Ścinały one drzewa wielkimi ząbkami oraz budowały domki dla swych rodzin, czyli żeremia. Aby przedostać się na drugą stronę rzeki, trzeba było poprosić bobry o pozwolenie na przejście po ich kładce z pni przewróconych drzew.
    - Przepraszam – zwrócił się do mieszkańca tej części lasu, który akurat przepływał obok niego - Jestem Kot Albert i potrzebuję przedostać się na drugi brzeg rzeki. Czy mogę skorzystać z waszej kładki?
    Bóbr spojrzał na niego nieufnie i pokazał swoje siekacze.
    - A po co się tam wybierasz? - zapytał.
    - Dostałem wiadomość. Jeśli przyjdę pod wierzbę nad strumykiem, otrzymam niespodziankę.
    - Wiadomość? Od kogo?
    - Właściwie to nie wiem... - Albert z zakłopotaniem podrapał się po głowie – Ale to musi być ktoś, kto mnie lubi. Kto inny mógł mi zrobić niespodziankę?
    Nie wiedzieć, czemu, bóbr uśmiechnął się złośliwie, znów świecąc swymi siekaczami.
    - Tak myślisz? No, to idź. Nie będę cię zatrzymywał. - nowy kolega spojrzał na Kota jeszcze raz, po czym zaczął oddalać się od brzegu.
    - Dziękuję! - zawołał za nim Albert. Po chwili był po drugiej stronie rzeki. Stąd było już niedaleko do miejsca, które zostało wskazane w liście.
    Wierzba stawała się coraz mniej odległym celem, gdy nagle nasz bohater usłyszał coś niepokojącego. Przystanął, by upewnić się, że wcale mu się nie wydaje i faktycznie, po chwili znów usłyszał wycie.
    - Uuuuuuuuuuu! Albercieeee! Albeeeeercieeee! - jakaś zjawa zza krzaków próbowała go nastraszyć. Było tam tak ciemno, że Albert nawet nie pomyślał o tym, by sprawdzić, kto to.
    - Ojejku, duch! - krzyknął i zaczął pędzić, by jak najszybciej znaleźć się na miejscu, gdzie czekała na niego niespodzianka.
    W końcu udało mu się dotrzeć na miejsce. Był to piękny zakątek, w sam raz na zabawę lub piknik. Krystalicznie czysty strumyk szemrał wesoło, a wierzba kołysała się spokojnie, raz po raz mocząc końce swych gałązek w przepływającej wodzie. Prócz tego rosło tu wiele kwiatów: zawilców, pierwiosnków oraz fiołków.
    Kot Albert rozejrzał się wokół. Odetchnął głęboko, wraz z powietrzem wciągając zapach kwiatów i wszechobecnej zieleni. Oprócz niego nie było tu nikogo.
    - To znaczy, że muszę znaleźć jeszcze jeden list. - pomyślał głośno.
      Miał rację, gdyż zaraz potem dostrzegł na ziemi strzałkę ułożoną z kilku gałązek. Wskazywała na spory kamień. Albert odsunął głaz, pod którym znalazł taką samą, jak wcześniej, kartkę.

ZRÓB DZIESIĘĆ PAJACYKÓW. OSTATNI LIST ZNAJDZIESZ W PNIU WIERZBY.

Kot nie miał pojęcia, dlaczego komuś miałoby zależeć na tym, by zrobił dziesięć pajacyków, lecz zadanie było zadaniem, inaczej nie dostanie niespodzianki. Po chwili skakał, niezgrabnie wymachując łapkami i licząc na głos:
    - Raz, dwa, trzy....
    Gdy skończył, musiał na chwilę usiąść, by odpocząć. Następnie napił się pysznej wody ze źródełka i dopiero wtedy podszedł do płaczącej wierzby. Szybko znalazł niewielkie wgłębienie w pniu drzewa, z którego wystawał róg kartki. Pospiesznie ja wyciągnął, wierząc, że to koniec zagadek.

PRIMA APRILIS!

Gdy Albert przeczytał tę krótką wiadomość, usłyszał znajomy śmiech. Z krzaków wybiegła rozbawiona Ryjówka Balbina, a za nią przyfrunął Wróbelek Antoś.
    - Prima aprilis, prima aprilis! - wołali.
    - Ale co to znaczy? - Albert był bardzo zdezorientowany. Znów usłyszał dwa nowe słowa i nie miał pojęcia, co one oznaczają.
    - Dziś pierwszy kwietnia, czyli prima aprilis! Dzień robienia żartów i psikusów! - zawołał Antoś.
    - Ojej, nie miałem pojęcia – Kot Albert rozpogodził się – Czyli nie ma żadnej niespodzianki?
    - Nie, ale zobacz, jakie to miejsce jest piękne! Możemy spędzić tutaj cały dzień. - odparła Ryjówka.
    - To świetny pomysł. - powiedział Albert – Nie potrzebuję żadnych niespodzianek, bo mam najwspanialszych przyjaciół na świecie.

KOT ALBERT I MARZEC. PIERWSZY DZIEŃ WIOSNY.

Był piękny marcowy poranek, kiedy Kota Alberta obudziło pukanie do drzwi. Ptaki już na dobre rozpoczęły swoje śpiewy, słońce zakradało się przez okno, a przebiśniegi nieśmiało wychylały swe białe główki przez resztki topniejącego śniegu.
Albert odrzucił na bok swój kocyk w kwiatki, pod którym spał, gdy tylko nadchodziły cieplejsze dni. Podbiegł do drzwi i otworzył swym gościom. Na progu stała Ryjówka Balbina oraz Wróbelek Antoś. Przyjaciółka ściskała w łapce wiklinowy koszyk, do którego zapakowała kolorową bibułę, sznurki, wstążki i patyki. Ptaszek natomiast unosił się nad ziemią, trzymając pazurkami worek wypchany pstrokatymi szmatkami, guzikami oraz kredkami.
    - Witaj, Albercie! Wesołego pierwszego dnia wiosny! - zawołała Balbina.
    - Ojej, to już dziś? - ucieszył się Kot – zupełnie zapomniałem.
    - Tak, dziś jest dwudziesty pierwszy dzień marca. To znaczy, że w kalendarzu zaczęła się właśnie wiosna. - wspomniał Antoś.
    - Jak to „w kalendarzu”? Co to znaczy? - Albert podrapał się po kocim uszku.
    - Dzisiaj jest dzień, o którym mówi się, że rozpoczyna kalendarzową wiosnę. - odparła Ryjówka Balbina.
    - Prawdziwa wiosna, taka, jaką widzisz wokół, czasem pojawia się trochę wcześniej lub później od tej kalendarzowej. - dodał Wróbelek – Kiedy śnieg stopnieje, a dni stają się coraz cieplejsze, mówimy o astronomicznej wiośnie.
    - Ojej, jakie trudne słowo. Astronomiczna wiosna... - Albert powtórzył po swym przyjacielu, by nie zapomnieć nowego słowa – A co to za pakunki? - zapytał, wskazując koszyk oraz worek.
    - To materiały na Marzannę. Możemy wejść?
Nasz bohater skinął głową i zaprosił przyjaciół do środka. Usiedli wokół okrągłego, drewnianego stołu, który dobrze oświetlały promienie porannego słońca. W czasie, gdy Antoś i Balbina wypakowywali potrzebne przedmioty, Albert zagrzał trochę mleka, rozlał je do trzech kubeczków i postawił na stole.
    - Co to jest ta Marzanna?
    - Marzanna to kukiełka, którą pali się lub topi pierwszego dnia kalendarzowej wiosny po to, by odgonić zimę i zaprosić nową porę roku – odparła Balbina – Dziś zrobimy własną Marzannę i wrzucimy ją do rzeki!
    - Wspaniale! Co za świetny pomysł na świętowanie nadejścia wiosny! Od czego zaczniemy?
    - Najpierw zrobimy jej tułów. - zaświergotał Wróbelek – Z tego dużego kijka, worka i kilku ścinków materiału.
    Ryjówka przygotowała wszystkie przedmioty, o których wspomniał jej kolega. Wypchali stary worek po ziarnie na mąkę starymi szmatkami, wetknęli do środka długi kij tak, że spora jego część wystawała z worka. Całość przewiązali sznurkiem, aby worek nie spadł.
    - To będzie głowa i tułów – zawołała Balbina – teraz dodamy drugi kijek, mniejszy. To będą ręce.
    Mieli już całą podstawę kukiełki, lecz ta ciągle nie uśmiechała się. Nie miała też nosa i oczu. Kot Albert doszył więc do worka dwa błyszczące, niebieskie guziki, a Wróbelek Antoś domalował kolorową kredą radosny uśmiech i nosek.
    - Ojej, trzeba zrobić jej włosy! - Balbina chwyciła za bibułę i zaczęła wycinać z niej kolorowe paski - Przykleimy je do głowy.
    Albert znalazł klej i posmarował kilka pasków, lecz gdy chciał wziąć je do łapki, pomylił strony, chwytając za część pomalowaną klejem.
    - Wróbelku, pomóż! Przykleiłem się! - zawołał Kot Albert, próbując odgonić bibułę, która owinęła mu się już na łapkach. Wróbelek zerwał się do lotu i złapał intruza pazurkami.
    - Dziękuję ci, przyjacielu – powiedział nasz bohater z ulgą.
    - Muszę teraz wyciąć nowe paski – stwierdziła zasmucona Ryjówka – te nie nadają się do niczego.
Balbinka zrobiła kukiełce nowe włosy. Cała trójka przyklejała je tym razem bardzo ostrożnie, aby znów się nie zniszczyły. Następnie Wróbelek Antoś chwycił igłę z nitką i zszył kilka kolorowych gałganków, z których powstała sukienka.
    - Nasza Marzanna gotowa! – zawołał podekscytowany Albert – Co teraz zrobimy?
    - Idziemy nad rzekę – zadecydowała Ryjówka – tam wrzucimy ją do wody, a wtedy przyjdzie prawdziwa wiosna.
    Zaraz potem wyruszyli przez las. Kot Albert niósł kukiełkę, gdyż była ona nieco za ciężka dla jego przyjaciół. Balbinka trzymała kosz piknikowy, do którego zapakowała drugie śniadanie. Wróbelek Antoś leciał nisko nad nami, ćwierkając radośnie. Gdy byli już na miejscu, stanęli nad brzegiem rzeki.
    - Droga zimo – zaczęła Ryjówka – dziękujemy ci za śnieg, lepienie bałwana i sanki, lecz teraz powinnaś zrobić miejsce swojej siostrze, wiośnie. Jako prezent od nas przyjmij tę Marzannę, którą zrobiliśmy razem z Wróbelkiem Antosiem i Kotem Albertem. Do widzenia, zimo!
    Razem wrzucili do rzeki kolorową kukiełkę, patrząc, jak odpływa z prądem, a potem tonie. Balbinka wyciągnęła z koszyka piknikowego pączki z chałwą oraz mleko i rozdała swoim przyjaciołom. Tak świętowali odejście mroźnej pory roku oraz początek czasu zielonych pączków na drzewach i słonecznych, cieplejszych dni.

KOT ALBERT I LUTY. DZIEŃ ZAKOCHANYCH KOTÓW.

Kot Albert miał zwyczaj codziennie po śniadaniu wychodzić na przechadzkę. Bardzo lubił poranne spacery. Spotykał często swoich przyjaciół – Ryjówkę Balbinę lub Borsuka Mateusza. Jeśli nie spotykał nikogo, miał czas na przemyślenia i bieganie po lesie. Uwielbiał przyrodę. Chętnie wspinał się po drzewach, moczył łapki w szemrzącym strumyku oraz zbierał kwiaty i owoce.
Tego lutowego, mroźnego ranka padał śnieg. Grube płatki białego puchu spadały na Alberta, lecz jemu nie przeszkadzało to w codziennej wędrówce. Lubił śnieg. Tak pięknie migotał w zimowym słońcu!
Dziś nie było mu dane spotkać kogokolwiek, więc skręcił w ulubioną leśną alejkę, która z obu stron porośnięta była niskimi, ale rozłożystymi sosnami. Szedł, zostawiając na śniegu ślady żółtymi kaloszami, które założył na swoje łapki. Kiedy tak spacerował, nagle, niespodziewanie zobaczył kogoś między gałązkami jednej z sosen.
- Hop, hop! - zawołał, ale nikt mu nie odpowiedział. - No cóż, to pewnie przez ten padający śnieg, mogło mi się coś przywidzieć.
Albert szedł dalej, nie zdając sobie sprawy, że za nim, po cichutku skrada się dobry duch zakochanych kotów. Po kilku metrach nieoczekiwanie przemówił do niego.
    - Hej, ty tam!
Kot Albert obrócił się szybko wystraszony.
    - Kim jesteś? - zapytał, przecierając oczy ze zdumienia.
    - To ty nie wiesz? Dziś są Walentynki, a ja jestem duchem zakochanych kotów.
    - Walentynki? A co to takiego? - Albert pierwszy raz słyszał tę nazwę.
    - To święto wszystkich zakochanych. Jeśli chcesz, uczynię cię szczęśliwym kotem i zapamiętasz ten dzień na zawsze.
    - Jak masz zamiar mnie uszczęśliwić?
    - To proste. Patrz! - zawołał duch i znikł, a w miejscu, gdzie przedtem łagodnie unosił się nad ziemią, rozprysnął różowy, magiczny pył.
    Zaraz potem na miejscu pyłu pojawiła się najpiękniejsza kotka na świecie. Miała śnieżnobiałe, puchate futerko, wielkie brązowe oczka oraz niebieską obróżkę z małym dzwoneczkiem wybijającym swą wesołą melodię przy każdym jej ruchu. Albert jeszcze nigdy nie widział kogoś równie pięknego. Wprost nie mógł oderwać od niej oczu.
    - Na co tak patrzysz? Mam coś na nosie? - niespodziewany gość złapał się za nos i zaśmiał.
    - Nie, po prostu... Jesteś taka ładna i nie wiem, skąd się tutaj wzięłaś. Właśnie szedłem na spacer. Chcesz iść ze mną?
    - Pewnie, że tak! Jest taka piękna pogoda!
Kot Albert podał swojej nowej przyjaciółce łapkę i poszli razem przez sosnową alejkę, aż doszli do niewielkiego Stawu Kaczek, gdzie nasz bohater lubił przebywać. Tam usiedli na pniu przewróconego drzewa, aby odpocząć i zjeść drugie śniadanie. Kotka zjadła swojego
pączka z chałwą, popijając go ciepłym mlekiem.
    - Nazywam się Luna. Też poszłam na spacer, ale zgubiłam się w tym lesie. Nie przestraszyłam się, wręcz przeciwnie, stwierdziłam, że to będzie ciekawa przygoda.
    - Jeśli chcesz, możemy spędzić razem cały dzień, a potem odprowadzę cię do domu.
    Luna chętnie się zgodziła. Albert pomógł jej wstać i wyruszyli dalej.
    To był fantastyczny dzień. Razem karmili kaczki okruszkami pozostałymi po pączkach, wspinali się po drzewach, lepili bałwana, a nawet grali w berka oraz w chowanego. Kilka razy Luna schowała się tak dobrze, że Albert przez bardzo długi czas nie mógł jej znaleźć, wtedy nagle pojawiała się tuż za nim, śmiejąc się wesoło.
    W końcu, kiedy zaczęło robić się ciemno, Albert i Luna, zmęczeni, ale szczęśliwi, doszli do wniosku, że czas się pożegnać. Robiło się już późno, a śnieg padał coraz mocniej.
    - Dziękuję ci za ten dzień, Albercie. Świetnie się z tobą bawiłam! - powiedziała Luna i uśmiechnęła się.
    - Ja z tobą również. Czy jeszcze kiedyś się spotkamy? - zapytał Albert
    - Mam nadzieję, bardzo bym chciała. Teraz muszę wracać. - odpowiedziała i pocałowała Kota Alberta w uszko. Zaraz potem już jej nie było. W miejscu, gdzie przed chwilą stała, opadał błyszczący pyłek w kolorze zachodzącego słońca i malinowego lukru na pączkach.
    - Przecież miałem cię odprowadzić – powiedział Albert, ale mówił już do siebie, ponieważ został sam, znikł nawet różowy pył. - Szkoda. Ale to i tak był bardzo udany dzień!
    Kot Albert wrócił tego dnia do domu zmęczony, zmarznięty, ale szczęśliwy. Teraz był już pewien, że wie, czym są Walentynki.

KOT ALBERT I STYCZEŃ. NOWOROCZNE POSTANOWIENIA.

Chociaż Kot Albert był z natury łakomczuszkiem o całkiem pokaźnym brzuszku, codziennie wstawał wcześnie rano, by nie tracić dnia. Tak było i dziś, pierwszego dnia stycznia, który jednocześnie był pierwszym dniem nowego roku.
Albert przeciągnął się na swoim miękkim posłaniu, zakręcił w powietrzu ogonkiem i stanął na cztery łapy, by móc je rozluźnić po całej nocy wylegiwania się. Przejrzał się w lusterku, aby poprawić niesforną rudą sierść. Po porannej toalecie mógł w końcu zasiąść do śniadania.
Ciekawe, co przyniesie ten nowy rok. Mam nadzieję, że dużo pączków z chałwą” pomyślał, zajadając się swym ulubionym przysmakiem.
Gdy kończył pić ciepłe mleko ze swojego ulubionego żółtego kubka, w okienko jego chatki zapukała Ryjówka Balbina. W swoim grubym kożuszku, czerwonych kaloszach oraz czapce z pomponem, z której wystawał tylko jej długi nosek, wyglądała na bardzo zmarzniętą, więc pospieszył do drzwi, aby jej otworzyć.
 - Witaj, Albercie! Szczęśliwego Nowego Roku! - krzyknęła Ryjówka od progu.
 - Dzień dobry, Balbinko. Ale... dlaczego tak mówisz?
 - Jak to dlaczego? Przecież to tradycyjne powitanie. Życzymy sobie, żeby ten rok był szczęśliwy i spełniły się wszystkie nasze marzenia.
Kot Albert podrapał się łapką po głowie i tęsknie spojrzał na stojące na stole puste opakowanie po śniadaniu.
 - Czy mogę na przykład zażyczyć sobie górę pączków z chałwą.
Ryjówka roześmiała się.
 - Możesz, ale wydaje mi się, że przydałyby ci się noworoczne postanowienia.
Albert znów podrapał się po głowie.
 - Nic nie rozumiem – powiedział – mówisz o tylu nowych rzeczach. Czy możesz mi wyjaśnić, czym są te noworoczne postanowienia?
Balbina przysunęła sobie stołek do gorącego pieca, usiadła, zdjęła przemoczone buty i zaczęła suszyć stópki.
 - Kiedy nadchodzi nowy rok, planujesz, co chciałbyś osiągnąć i jakie marzenia chcesz spełnić. Potem spisujesz je na kartce i starasz się je zrealizować.
Kot Albert rozejrzał się po swojej chatce. Bardzo ją lubił, ale czasem miał wrażenie, że jest zbyt zabałaganiona. Przydałoby się coś z tym zrobić...
 - Wiesz, to może być świetny pomysł! - zawołał, szukając już kartki, na której mógłby zapisać swoje postanowienia noworoczne. - Muszę zanotować kilka rzeczy.
Znalezienie kartki i ołówka zabrało mu sporo czasu, ale Kot Albert nie dawał za wygraną. Przecież Nowy Rok nie zdarza się codziennie! To może być świetna okazja do wprowadzenia zmian w chatce, a może nawet zadbania o swoje zdrowie...
  - Albercie, czy naprawdę uważasz, że pączki z chałwą to odpowiedni dla ciebie rarytas? - zapytała Ryjówka Balbina, pełna obaw, gdyż jej przyjaciel spożywał zbyt dużo tych specjałów. 
 - Co chcesz przez to powiedzieć? - szczerze zdziwiony zapytał. 
 - Pączki, prócz tego, że smaczne, są bardzo niezdrowe. Mają bardzo dużo cukru, zepsują ci się zęby.
Kot Albert podrapał się po głowie - już trzeci raz dzisiaj, co znaczyło, że ten dzień był dla niego jedną wielką niespodzianką.
 - Dobrze – odparł po dłuższym namyśle – odłożę je na najwyższą szafkę, tak, abym ich nie ruszał tak często.
Chwycił pudełko z pączkami i podszedł do szafki, lecz okazało się, iż nie tylko była to najwyższa
szafka w jego chatce, ale również przez swoje rozmiary była dla niego niedostępna.
 - Tu będzie potrzebne krzesło – zawyrokował.
Odstawił więc pączki, by móc przysunąć sobie krzesło. Następnie zaczął wspinać się, lecz szło mu to bardzo mozolnie, gdyż przez ilość zjadanych codziennie pączków stał się ociężały i nie mógł utrzymać równowagi. Kiedy pączki już prawie znalazły się na szafce, nagle Albert zachybotał się i spadł na podłogę, rozpaczliwie machając łapkami, a wraz z nim spadły pączki, rozsypując się po chatce.
 - No, masz ci los! - zawołał z obolałą miną.
  - Nic ci nie jest, przyjacielu? - Ryjówka Balbina była już przy nim.
 - Nie, wszystko w porządku, tylko... trochę bolą mnie łapki.
Balbina zaczęła zbierać z podłogi pączki.
  - Ale przynajmniej nie musisz już ich tam odkładać, teraz i tak nie nadają się do jedzenia. - uśmiechnęła się. 
 - Szkoda, właśnie miałem na nie ochotę... 
 - Niech, to cię czegoś nauczy, Albercie! Jeśli nie będziesz jadł tylu pączków, będziesz miał więcej energii i zdrowia.
Kot Albert westchnął. Nie wyglądał na szczególnie uszczęśliwionego. Przed chwilą stracił kilka pączków, a teraz dowiedział się, że nie powinien ich jeść wcale. Chociaż z drugiej strony... Kiedy przypomni sobie, co przed chwilą się stało... Nie chciałby tego powtarzać.
  - Dobrze. Chyba masz rację, Balbinko. - pokiwał głową – te postanowienia noworoczne to bardzo trudna sprawa.
 - Ale, jak widzisz, dla niektórych bardzo przydatna. - odparła Ryjówka i roześmiała się.